środa, 25 maja 2016

Raz na trzydzieści lat

Obudziłem się o 7 rano. Ruszyłem w strone bloku Dziadka. Już z daleka widziałem , że siedzie na ławce. Siedział tyłem do mnie. Był piękny poranek, było ciepło. Miał na głowie czapke z daszkiem. Kiedy byłem jakieś 15 metrów za nim wstał z ławki. Odwrócił się, zacczął przecierać oczy. Nie widzieliśmy się już trzy tygodnie. Nie wiedział , że przyjeżdżam. Poleciały mu łzy, na jego buzi pojawił się piękny uśmiech. Wyściskał mnie. Śmiał się i płakał. A ja z nim.

Wsiedliśmy w auto. Postanowiliśmy , że pojedziemy nad wode, gdzie z moim Ojcem łowił ryby. Nigdy tam nie byłem. Tato wiele razy opowiadał mi o tym miejscu, ale ja nigdy tam z nim nie byłem. Nie mogliśmy trafić. Błądziliśmy. Troche się pokłuciliśmy jak zwykle przy takich okazajch. Kiedy jechaliśmy polną droga patrzyłem na wszystko i myślałem sobie, że to wszystko widział mój Tato. Że tu był, że tędy jeździł z Dziadkiem. Przeżywałem to z nim. Dziadek cieszył się tą chwilą. Co chwiel pokazywał mi jakieś miejsce i opowiadał to o bagnach które tam są, to o nowo zbudowanych domkach. Weszliśmy na wał skąd łowili ryby z moim Tatą. Było magicznie. Myślałem o moim Ojcu. O tych chwilach które mieliśmy. O tym jak bardzo żałuje, że było ich tak mało, a jednocześnie ciesząc się , że był. Że miałem okazje go poznać. Przeżyć z nim kawał życia. NAuczyć się od niego życia. 

Odjeżdżając zapomniałem o zegarku i ruszyliśmy na południe. Jechaliśmy przez piękne łąki, pachnące, w słońcu. Mijaliśmy furmanki z końmi. Mijaliśmy stare wiejskie kościoły. Aż dojechaliśmy do wsi gdzie urodziła się i wychowywała moja Babcia. Żona Dziadka. Pamiętam tylko wzgórze, drzewa i droge w błocie. Dzień kiedy byłem tam z moją Babcią mając może 10 lat, może mniej. Byliśmy przy grobie jej rodziców. Jej Tato walczył w partyzantce, przetrzymywany w więzieniu w Lublinie na zamku. Zmarł po wyjściu, wyszedł w pole i odszedł. Mój pradziadek, którego nigdy nie poznałem, ani on mnie. Wiem tyko taką mały kawałek jego historii. Dominik Horębała, tak się nazywał. Obok niego Prababcia, którą widziałem mając 2 lata, rozmazane wspomnienie. Nic więcej nie wiem. Ale się dowiem. 

Dojechaliśmy z Dziadkiem pod cmentarz. Powiedziałem mu, że tylko on może mi to wszystko pokazać, opowiedzieć. Tylko on pamięta, tylko on wie. Uśmiechnął się. Powiedział, że mam racje, że już nikt inny mi tego nei opowie. Opowiadał mi jak nosił dzieci kilometrami na rękach do teściów, a miał ich czworo. Pokazywał mi drogę którą chodził. Weszliśmy na cmentarz. Dziadek się zatrzymał, pokazał palcem gdzie mam szukać. Wśród drzew, wiele grobów. Nagle jest ten jeden, widze zdjęcie mojego pradziadka, takie samo jak na pułce mojej Babci. To ten grób, ten sam! Ten sam przy którym byłem kiedyś z Babcią. To jest to samo miejsce. Dziadek się uśmiecha. Słońce przebija się przez kasztany. Jestem tam z nim. Żyjemy. Czy mogłem pomyśleć trzydzieści lat wcześniej , że przyjade tu z Dziadkiem , który wyjebał z liścia śmierci w twarz ?

Czuje się jak we śnie. Mam okazje dzielić życie z człowiekiem którego miało juz nie być. Każda chwila jest czymś nierealnym. 




Dominik Horębała, Genowefa Horębała

środa, 18 maja 2016

Brak wiary.

Z chwil pięknych przydażyła mi się taka, że mój Dziadek odbiera znowu odemnie telefony. Znowu rozmawiamy. Znowu się śmieje. Znowu przeklina. Znowu planuje, znowu cieszy się życiem.

A ja tam stałem nad jego łóżkiem. Wtedy w szpitalu i myślałem aby umarł i się już nie męczył. Poddałem się, tam wtedy.

Mam na sobie te wszystkie dni, wszystkie noce. Każdą chwilę. Każdą jedną kiedy płakałem z bezsilności.

Mam przed sobą chwile kiedy musiałem w nocy w domu łapać go za ręce i wbre jego woli pchać mu rure w usta i odsysać płyny. On patrzył na mnie, szarpał się, z nienawiścią w oczach, z żalem, że ja mu to robie.

Chwile kiedy kurwa mi mówili tyle razy, że on umrze, przy nim, że to jego koniec. A ja bezsilny stałem przy nim i mówiłem mu , że da rade, że jestem z nim , że wyjdziemy z tego razem, żywi.

Kiedy pierdolony doktor drwił ze mnie, że tam stoje na straży.

Kiedy nad ranem przyjeżdzałem, a on cały umazany w kupie, a jedyną osobą jaka miała z tym problem w szpitalu byłem ja sam. Nikomu więcej to nie przeszkadzało.

Bolą mnie te wszystkie wspomnienia. I to , że mojemu Tacie nie pomogłem. Chciałbym cofnąć czas i wiedzieć co wiem teraz. Pójść tam do niego do szpitala w Chełmie i rozpierdolić tych łapówkarzy skurwysynów lekcewarzących i kpiących z chorego. Złapać za gardło, docisnąć do ściany i ze spokojem w oczach przekazać , że mają szanse by się zreflektować.

Jutro zobacze znowu mojego Dziadka. Żywego, uśmiechniętego. Zrobimy sobie herbate. Pośmejemy się. Oddam mu jego tablet, znowu wyszuka jakieś stare piosenki i mi puści.

11 listopada leżał na łóżku w szpitalu. Dusił się. Był nieprzytomny. Puszczałem mu jego piosenki. Płakałem w kącie i pragnąłem by wyszedł z tego. Te wszystkie dni, wszystkie, każdy jeden, każda chwila którą spędziłem z nim w tych wszystkich szpitalach. Tego nie da się zapomnieć. Ci cierpiący ludzie pozostawieni sami sobie. Przywiązywani do łóżek. Ta znieczulica. Ta powierzchowność.

Brak wiary. Ludziom w koło kurwa brakuje wiary. Wierzą w Boga i w nim pokładają nadzieje myśląc , że co będzie to będzie i tak Bóg decyduje. I to jest ten jebany obłęd. Ja zamiast dostawać wsparcie słuchałem o pierdolonych modlutwach i o wsparciu Boga o które ktoś prosi. Pomogło ? Nie!
Ludzie chorzy potrzebują pierdolonego wsparcia, bycia przy nich, uśmierzania cierpienia, myślenia za nich, szukania pomocy wszędzie gdzie się da a nie jebanej modlitwy. Gdzie ja kurwa żyje ? Co to jest za świat!

Bóg nie przychodził by biegać po szpitalach i szukac pomocy.
Modlitwa nie pomagała kiedy Dziadek miał atak padaczki.
Nie pomagała też kiedy nie podawano mu leków i ja musiałem prosić o nie.
Boga nie było kiedy leżał umazany w kale i ja go myłem od stóp do głowy.
Boga nie było kiedy ja nie spałem po nocach i mało nie rozjebałem się o tira gdy zasnąłem za kierownicą.
Gdzie był Bóg kiedy Dziadek był odsyłany do ZOL-u który by go zajebał.
Modlitwą nie dało się zrobić tomografi o którą musiałem się prosić bo o niej zapomniano.
Bóg nie załatwiał pieniędzy na lekarzy, lakarstwa ani rehabilitacje.

Bóg załatwił jedną sprawe. Nauczył mnie, że nie ma czegoś takiego jak rodzina. Są tylko ludzie bliscy których okazało się mam więcej niż myślałem.

Obiecałem wszystkim wierzącym w Boga i na niego się powołującym, że w ich potrzebie ja pierwszy rzuce swoją pracę, kupię różaniec i będe się  modlił o wsparcie dla nich.


Musiałem się pierdolić z tymi zombie w tych szpitalach żeby ratować Dziadka. Czuje się zniszczony, brudny, obdarty z siły , ale jedno jest pewne. Przeżyłem coś. Zaznałem wiary. Wiary w to co robiłem. TEraz kiedy rozmawiam z Dziadkiem przez telefon płacze. Płacze bo po tym co widziałem, co było on mówi do mnie i się śmieje. To jest niesamowite przeżycie. Stracić nadzieje, bo ja ją straciłem, walczyłem o niego ale w środku już nie mogłem patrzeć na jego cierpienie. I nagle jest. Oto otwiera mi drzwi, a ja kurwa nie wierze własnym oczom!

Jestem szczęśliwy, że kiedy przyszła chwila ciężka okazało się , że moja miłość do niego nie była słowami. Ciesze się, że zrezygnowałem ze wszystkiego z czego mogłem zrezygnować by dac mu wszystko co mogłem dać. To jest kurwa niesamowite uczucie, oddać się komuś kogo się kocha, tak bez reszty bez jebanych kompromisów. Dziś mógłbym umrzeć z czystym sumieniem wobec mojego Dziadka. Nie zdradziłem go. Jestem szczęśliwy, że to co mi dał dało  mi siłe. Nie straciłem jego w sobie.