środa, 24 lutego 2016

całe moje życie z nim, całe

Siedze przy stole w kuchni. Na stole leżą książki. Dwa kilometry stad w szpitalu leży mój Dziadek. Za każdym razem kiey wychodziłem od niego z domu patrzyłem uważnie. Patrzyłem na niego i cieszyłem się chwilą bo wiedziałem , że może być ostatnia. On tam leży i nie dzieje się lepiej. Znika powoli. A ja robie wszystko co mogę , a nie zmienia to nic.

Nie umiem zapomnieć kim był zanim zachorował. Nie umiem zapomnieć jak przeżywaliśmy chwile. Nie umiem. Najpierw umarł mój Tato, teraz patrze jak znika Dziadek. Widze to. Zostaje z tym.

Zadzwonił do mnie tamtego popołudnia. Rozmawialiśmy. I nagle się zaczęło. I trwa. Mój Dziadek znika. To jest straszne. Męczy się. Cierpi. Znika.

A ja siedze przy stole który on kupił zanim ja na świat przyszedłem. Przy stole, przy którym zjedliśmy obiad. Przy którym zjedliśmy kolacje.

Życie jest koszmarem kiedy powoli traci się kogoś kto był z Tobą od zawsze. Kogoś kto od kiedy pamiętasz wspierał Cie. Kogoś kto jest całym Twoim życiem. Mój Dziadek jest dla mnie całym moim życiem, był ze mną odkąd pamiętam. Piszą co płacze. Bo nie umiem pogodzić się z jego chorobą. Nie umiem zaakacpetować tego co się dzieje. Nie chce. Nie godze się na to. Mam dość! Mam dość tracenia ludzi w tym życiu. Byli i ich nie ma. I dla mnie to koniec. Nie ma nic. NIe ma nas. NIe chce!!!!!

Bezradność jest straszna.

Karmie Dziadka przez godzine. W ciągu godziny zjada jajko, kilka łyzek serka, dwa kawałeczki kiełbasy. Jednego dnia rozumie co mówi i odpowiada , innego nie ma z nim kontaktu. Patrze na człowieka z uszkodzonym mózgiem i nie wiem nawet co i jak widzi, jak słyszy. Czytam książke "Świat utracony i odzyskany" i ciarki mnie przechodzą. I próbuje rozumieć co się dzieje z moim Dziadkiem.

Wymiękam. Już tyle razy w nocy sam siedziałem pod szpitalem, w szpitalu, zagryzałem zęby. Myślałem co jeszcze można zrobić. Jak jeszcze mu pomóc. Wtedy miałem jeszcze nadzieje. Teraz straciłem do siebie szacunek bo przestałem mieć nadzieje. Umarłem w środku. I nie mam do kogo się zwrócić o pomoc bo każdy ma swoje problemy. Każdy ma swoją walke o codzienność.

Za dużo tego. Za dużo widoków. Zbyt wiele śmierci. Nadmiar cierpienia. Świadomości , że Dziadek cierpi. Chciałem pomóc mu. Chciałem go ratować. I co zrobiłem ? Co ? Piąty miesiąc się męczy a stan się tylko pogarsza. Mogłem go zostawić i umarłby wiele razy. Tyle interwencji. Tyle walki o niego. Mógł umrzeć już kilka razy, a ja mu przyspożyłem tylko więcej cierpienia bo miałem nadzieje, że wyzdrowieje.

Kurwa!!!!!!

On nawet mnie nie rozumie. Nawet nie mogę mu powiedzieć, że go kocham , że walczyłem , że robiłem co mogłem by mu pomóc. On tego nawet nie rozumie. Wkurwia się tylko , że mu jedzenie podaje.

Gdzie skończyło się nasze życie ? Jego w świadomości , a moje w radości obcowania. On już tylko mówi, że nic nie rozumie. Gdzie jesteśmy. Gdzie był moment ostatniego uścisku. Ostatniego przeżycia. Stoje tam i wiem, że mnie nie rozumie. Że nie wie gdzie jest, co sie dzieje.



Kocham Cie Dziadek na zawsze.




poniedziałek, 15 lutego 2016

Jedlismy razem obiady, kolacje.

Jestem nikim. W obliczu tego co musze zrobić jestem nikim. Siedze na kanapie obok Dziadka. On śpi. Siedze i słucham jak kaszle, jak oddycha. Zrobiłem wszystko co mogłem, byliśmy tak blisko. Tak blisko. Dziś żartował ze mna. Jeździł na wózku po mieszkaniu i się przygladal wszystkiemu z zaciekawieniem. Jedlismy razem obiady, kolacje. Plakalem. Bo przeciez cieszylem sie chwila przy stole z kims kogo wszyscy skazali na smierc. Z kims kogo tak bardzo kocham. A teraz koniec ? Wszystko przekreslone ?

Wynik testu pozytywny.


Kurwa. Tyle walki Dziadka. Tyle nocy nie przespanych. Tyle razy tym skurwysynom patrzyłem w oczy i napierałem żeby dostać pomoc dla Dziadka. Przetrwał tyle. Z jego sal wyjechało kilkanaście osób bez oddechu, młodszych, starszych. A on trwał. Dusił się, dławił, dusił się i dławił i trwał. Tyle ugieć nóg było by mógł teraz chodzić. Tyle masowania by dał rade wstać. Tyle było serca włożonego, tyle jego wiary. Tyle modlitw z nim współnych.

Wynik testu pozytywny.

Te bezcenne uśmiechy po tygodniach zamkniętych oczu. Te pierwsze słowa po miesiacach ciszy. Te usciski dloni gdy oczy zamkniete. Tam w tych salach , w tych szpitalach, wsrod tych oddychajacych nocy, wsrod monitorow zostalismy , ja i moj Dziadek. Na zawsze.

Wynik testu pozytywny.


Pana Dziadek nie dozyje rana. 
Pan musi zrozumiec ze wszystko ma swoj koniec. 
Potrzebuje Pan cudu zeby Dziadek z tego wyszedl. 
Pana Dziadek juz sie nigdy nie podniesie z tego lozka. 
Niech sie Pan przygotuje ze to juz koniec.
 Z takiej choroby sie juz nie wychodzi. 

Ilez to ja razy slyszalem z ust przeroznych lekarzy zapewnienia ze spedzam z Dziadkiem ostatnia noc, ze Dziadek wlasnie umiera. Ile razy plakalem trzymajac go za reke. Nawet ten pieprzony sylwestrowy wieczor kiedy powiedzieli mi ze umrze tej nocy, i kazali wyjsc. I tak siedzialem na schodach z glowa w dloniach produkujac jezioro emocji z kropel moich uczuc. A on tam lezal, a ja kurwa nie moglem byc przy nim. I lezalem, i balem sie pieprzonego dzwonka w telefonie , balem sie ze zadzwonia. Tak bardzo sie balem. I nie zadzwonili.

Wynik testu pozytywny.

Piec pieprzonych miesiecy mija. Piec pieprzonych miesiecy cierpienia dla niego i  patrzenia jak ktos kogo kochasz cierpi. Piec miesiecy walki z ludzmi ktorzy zapomnieli po co sa w szpitalach.

Piec miesiecy nie wiem juz co sie dzieje.