piątek, 16 grudnia 2016

Zapragnąłem już nie pamiętać.

Zdjąłem z nosa okulary. Położyłem je obok rozgrzanego laptopa. Zegarek obok wskazuje kwadrans do trzeciej rano. Podrapałem się po głowie poczym przetarłem zmęczone białym blaskiem monitora oczy. Wstałem i podszedłem do okna. Wśród ośmiu pasów jezdni jakie widze, przesuwała się wolno tylko jedna mała ciężarówka z pomarańczowym migającym światłem na dachu. Ciężko wypuściłem powietrze z płuc. Podszedłem do wieszaka , zdjąłem czarną kurtkę, założyłem buty. Dźwięk windy w ciszy był wyraźnym zaporszeniem do konkursu z nagordami. Czułem , że moge wygrać. chciałbym coś wygrać.

Po trzydziestu minutach zaparkowałem auto na parkingu pod lasem. Założyłem latarke na czoło, przyświeciłem na swoje dłonie ubrane w rękawiczki bez palców. Wyciszyłem telefon, kompletnie. Zabrałem butelke wody i ruszyłem przed siebie. Nocą w lesie jest zupełnie inaczej niż za dnia. To już nie jest spacer przez las, ale spacer przes swój własny umysł. Nie wiele widzisz poza światłem latarki, maz przed sobą jasny punkt i za nim podążasz. Spojżałem na zegarek, była 3:30. Kilkadziesiąt metrów przede mną błyskało światło. Bardzo małe. Zatrzymałem się jakies dziesięć metrów od niego. Po mojej prawej stronie była ławka. Tutaj chciałem dojść. Usiadłem. ZNowu ciężko wypuściłem powietrze. Patrzyłem na jasno świecące światło. Miało kolor pomarańczowy. Stało w bezruchu. W lesie panowała cisza. Na niebie nie było księżyc więc kiedy zgasiłem latarke czułem przestrzeń ciemności. 

Siedziałem piętnaście może dwadzieścia minut. Wszystkie głosy w głowie odchodziły w dal, mgła myśli zaczynała opadać , a ja zaczynałem widzieć co czuje. Siedziałem i czułem coś co czuje się kiedy idzie się na spokanie o prace, albo kiedy siedzi się na fotelu u dentysty. Taki dziwny ból w brzuchu. Obawiałem się tego spotkania. Długo na nie czekałem. Bardzo długo. Pozwoliłem tym dziwnym uczuciom odejść skupiajac się na tym, że to jest ten momet, ta chwila na którą długo czekałem. Nie musiałem patrzeć na zegarek , wiedziałem że to już czas.

- A jednak jesteś - usłyszałem głos tuż przed sobą.

Było ciemno, wszystko było czarne, ale to nie miało znaczenia. Ten głos rozpoznałbym wszędzie. Wtedy mój brzuch przestał mnie już wiercić, to uczucie znikło. Czas mi chyba troche zwolnił bo sam nie byłem pewien czy mi się to śni, czy może nie. Wiedziałem , że zawsze takie pytanie zadaje sobie człowiek kiedy staje w sytuacji bardzo nieprawdopodobnej. 

- Tak - odpowiedziałem bardzo wolno ze spokojem jaki mi już dawno nie towarzyszł
- Czy zdajesz sobie sprawę, że mamy tylko chwile czasu na rozmowe ? - kiedy mnie pytał jego głos był przejęty, zmartiowny, prawie płakał.  - Za chwile będziesz musiał ponieść konsekwencje tego co zrobiłeś - i tutaj zapłakał. 

W tym jednym momencie kiedy usłyszałem jego złamany głos odczułem uczucie które zazwyczaj towarzyszyło mi kiedy uzmysławiałem sobie, że zrobiłem coś złego, taki wsty pomięszany z żalem i świadomością , że nie da się tego cofnąć. Płakał. Pociągał nosem i płakał. 

- Nie wiem. Nie wiem , jakie będa konsekwencje, ale jestem przekonany, że to nie ma znaczenia. Tak jak wszystko co już było. Tak jak śmierć, otwierasz drzwi wcyhodzisz z domu i płaczą za Tobą bo wtedy wszyscy myślą , że już Cie nie zobaczą. Płaczą bo im trudno zaakcpetować to co przez chwile widzą, to, że to nie ma sensu. - już nie myślałem, co mówie, ogarneły mnie emocje. Czułem lęk, bo wiedziałem, że zamknąłem drzwi za sobą , a klucze zostały w środku. 

- Przestań! Gdyby to nie miało sensu to mnie by tu nie było Czy to do Ciebie jeszcze nie dociera ? Czekałem tu na Ciebie! Czekałem tu tyle razy, abyś przyszedł! Abyś usiadł i porozmawiał ze mną! - płakał coraz bardziej, nigdy nie słyszałem, żeby płakał, no może nie aż tak. Kiedyś widziałem jak raz upadł i płakał kiedy dowiedział się, że jest bardzo chory. 

- Przyzedłem tu by Cie spotkać. Choćby na tą chwilę. Bo przecież już wszystko minęło. Zabawne jest siedzieć w lesie i patrzeć na lampke która płonie dla Ciebie. Kiedy wychodziłem z domu moja córka spała w łóżeczku. Kiedy kończe to mówić, ona pewnie kończy 80 urodziny. To lampka od niej, ostatnia lampka którą ktoś zapalił i mnie wspomniał. 

- Po co to zrobiłeś ? Po co ? - krzyczał. - Nigdy do Ciebie nie dotarło jak bardzo Cie kochałem ? Nie zastanawiało Cie nigdy dlaczego to wszystko się stało ? Dlaczego uwierzyłeś w to że coś widzisz ? Że coś rozumiesz ? Dlaczego ? - zrobiło mi się zimno, bardzo zimno. On krzyczał w emocjach miłości i troski. Jak ktoś kto by za Ciebie oddal życie. Jak ktoś kto bardzo cierpiał z powodu tego co zrobiłeś. 

- Zrobiłem to bo to byl jedyny sposób aby być w zgodzie z sobą samym. Czując żal do siebie samego, niezrozumieme tego co się stało i tęskniąc za wszystkim co było, a było niezrozumiane przezemnie chciałem Cie jeszcze raz spotkać i powiedzieć, że wtedy nie umiałem Ci pomóc choć byłem gotów oddać Ci własne życie. Każdego dnia przez reszte życia widziałem jak leżysz i patrzysz na mnie nie mogąc nic powiedzieć, a ja nie umiałem Ci pomóc. i Zadawałem sobie to pytanie w głowie jak manter - Co chciałeś powiedzieć?  Doszedłem do wniosku, że skoro życie jest atmosferą dla mojego umysłu o kształcie latawca, to wiara w to spotkanie tutaj jest jedyną szansą na przejście przez ten obłęd zgubionych myśli. Kiedy zaczynasz czuć , że nie żyjesz , że to wszysko nie może się dziać, że nie ma w tym sensu zaczynasz czuć to pragnienie. Pragnienie spotkania Jezusa, Ciebie czy siebie. Jezusa ani siebie nie spotkam bo byliśmy tylko wichurami dla latwaców, ale Ty jesteś. Zapragnąłem już nie pamiętać. 



Uświadomiłem sobie wtedy , że została tylko pustka, a ja w niej tkwiłem, w ciemności. Być może coś do mnie mówił, ale ja już jego nie słyszałem. Nie czułem głodu, ani nóg. Nie chciałem się już drapać po głowie ani przecierać oczu. W zasadzie przestałem czuć. Czy ja jeszcze byłem ? Bardzo szybko zaczałem odczuwać , że nie do końca wiem gdzie jestem i po co. Poczułem lęk, ogromny lęk. Wtedy zrobiło się jasno i zobaczyłem jak leży na szpitalnym łóżku m aotwarte oczy i ...  

- Tat.....












czwartek, 1 grudnia 2016

Jesteś

Siedze dziś z moim dzieckiem i chciałbym mu powiedzieć zadzwońmy do Dziadka. Ty nie odbierasz. Dlaczego ?

Masz ciągle zajęty telefon, a może to mi w gowie cyklicznie dźwięczy myśl, że nie odbierasz.

Jak żyć kiedy wszystko widze codzień. Kiedy widze jak tam leżysz i cierpisz , a ja nie moge nic zrobić. Pewnie mnie słyszałeś nie mogąc odpowiedzieć, nie mogąc nic powiedzieć.


Gdybym choć miał nadzieje, że to nie był koniec, że spotkam Cie , że doznam poczucia które towarzyszy mi już tylko w snach, że jesteś. Ale nie, nie ma takiej nadzieji. Chciałbym Cie przeprosić z całego serca , że nie umiałem Ci pomóc.

Za późno na wszystko.

Nie ma Ciebie, nie ma mnie. Nie ma nas.

Mi zostały tylko obrazy w głowie, Twój głos i Twoje ostatnie słowa jakie powiedziałeś w żartach do pielęgniarki, kiedy Ci przyniosłem jogurt.
- Pani droga on chyba chce mnie dobić.

Kiedy jechałem wtedy w nocy, żeby być przy Tobie zanim znikniesz, towarzyszyło mi to uczucie , że to jest zły sen. W dłoniach miałeś zdjęcie Piotrusia. Różaniec. Powinienem był Ci dać wtedy słowo , że się spotkamy, może ono by zasiało nadzieje , która by nas sprowadziła do miejsca gdzie byśmy usiedli wspólnie na ławce. Nie zrobiłem tego.

Zostałeś w mojej głowie. Kiedy jestem w Twoich miejscach, czuje Cie. Patrze na świat wiedząc , że Ty go widziałeś. Widzimy to samo, tylko Ty nie wiedziałeś, że ja będe na to patrzył, jak będe patrzył.

Spotkałem Twojego kolege. Rozmawiałem z nim chwile. To było uczucie jak by spotkać część Ciebie. Wypatruje takich chwil.

Brak Ciebie w moim życiu. Sny są jak narkotyk. Czekam na nie, długo. Czasem się w nich spotkamy. Ja zazwyczaj mówie Ci żebyś coś zmienił w życiu bo miałem straszny sen , że umarłeś na raka. Potem się budze. W tych snach jest to czego nie ma we mnie.

Za chwile ja znikne i nie pozostanie nic z naszych przeżyć. Jak niby miało by pozostać coś. Przecież te przeżycia są tylko falami na oceanie, falami poruszonymi przez podmuch naszego istnienia. Krótkiego istnienia. Tyle istnień i każdy coś przeżywa, ale dlaczego te nasze są dla nas tak wyjątkowe ? Może dlatego, że wiem , że nigdzie więcej i nigdy ich już nie zaznam ? Nie da się mieć dwa razy ojca, można mieć wielu synów, ale żaden z nich nie zastąpi jednego utraconego.

Próbuje żyć z tym czymś , dla mnie bolesnym ale niewspółmiernie małym w porównaniu z cierpieniem jakiego zaznałeś.

Oby to wszystko się nigdy nie wydażyło.

Do zobaczenia każdego dnia, kiedy w przerwie od pracy wezme Aurelie na ręce i pokaże jej Twoje zdjęcia opowiadając jakąś historyjke z naszego życia.

Jesteś.







środa, 21 września 2016

Każdego dnia w ciszy wracam do Ciebie

Nie ma takiego dnia żebym nie myślał o moim Tacie. Wciąż wracam myślami do tego jak umierał. Jak cierpiał. Do tego dlaczego nie umiałem mu pomóc.

Myśle o jego oczach kiedy leżał na łóżku w szpitalu i patrzył na księdza który nad nim się modlił. Nie mógł już nic powidzieć. Patrzył tylko. Mówiłem mu do ucha żeby się tym nie przejmował, że wszystko będzie dobrze. Żeby był silny. On kiwał głową. Potem zamknął oczy i już ich nie otworzył.

Bardzo mi Ciebie brakuje Tato. Bardzo. Najgorsze jest to , że nie wiem czym to wszystko jest i nie mam nadzieji na to , że się jeszcze spotkamy. Chciałbym Cie uścikać jeszcze raz.

Pół roku cierpień. Kiedy umarłeś myśli zaczeły się pojawiać. O tym co było, o tym jak to widzieć inaczej można.

Chciałbym Ci podziękować za wszystko, ale nie mam już jak. Nie ma już takiego miejsca, nie ma takiej możliwości.

Jest ogromna pustka i ból. Boli mnie to, że Ci nie pomogłem, że nie wyszedłeś z tego cały. Popełniłem dużo złych decyzji. Mogłem wszystko zostawić i pojechać tam do Ciebie skupić się tylko na Tobie. Nie wiem dlaczego tego nie zrobiłem. Myślałem, że wyzdrowiejesz. A wszystko poszło nie tak, nie w tą strone.

Zupełnie inaczej było z Dziadkiem. Czy musiałeś umrzeć ażebym ja zrozumiał , że nie można wierzyć lekarzom. To bez sensu.

W mojej niewierze, pójde się pomodlić o Ciebie, bo to jedyne co mi zostało. Jeśli się myle, to choć moja myśl dotrze do Ciebie. Może usłyszysz mnie stąd, może mnie usłyszysz.

Tęsknie Tato za Tobą! Każdego dnia. 

niedziela, 4 września 2016

Malowidła Dziadka

Udało mi się namówić Dziadka na wycieczke. Za cel obraliśmy miejscowość Częśniki koło Zamościa. Wiele lat tamu Dziadek malował tam malowidła świętych na sufitcie. Poniżesz zdjęcie pokazuje Dziadka w pracy, ale w innym kościele.

fot. Bogusław Mucha

Znaleźliśmy kościół, mineliśmy grubego pana który stał w drzwiach i sapał do nas , że jest sobota i co my chcemy robić w kościele... W końcu się udało. Weszliśmy do środka i co się okazało ? Że położyli boazerie pod sufitem.

Dziadek wyszedł.
- Zmarnowali wszystko - powiedział

Było mu przykro. Odjechaliśmy.


środa, 25 maja 2016

Raz na trzydzieści lat

Obudziłem się o 7 rano. Ruszyłem w strone bloku Dziadka. Już z daleka widziałem , że siedzie na ławce. Siedział tyłem do mnie. Był piękny poranek, było ciepło. Miał na głowie czapke z daszkiem. Kiedy byłem jakieś 15 metrów za nim wstał z ławki. Odwrócił się, zacczął przecierać oczy. Nie widzieliśmy się już trzy tygodnie. Nie wiedział , że przyjeżdżam. Poleciały mu łzy, na jego buzi pojawił się piękny uśmiech. Wyściskał mnie. Śmiał się i płakał. A ja z nim.

Wsiedliśmy w auto. Postanowiliśmy , że pojedziemy nad wode, gdzie z moim Ojcem łowił ryby. Nigdy tam nie byłem. Tato wiele razy opowiadał mi o tym miejscu, ale ja nigdy tam z nim nie byłem. Nie mogliśmy trafić. Błądziliśmy. Troche się pokłuciliśmy jak zwykle przy takich okazajch. Kiedy jechaliśmy polną droga patrzyłem na wszystko i myślałem sobie, że to wszystko widział mój Tato. Że tu był, że tędy jeździł z Dziadkiem. Przeżywałem to z nim. Dziadek cieszył się tą chwilą. Co chwiel pokazywał mi jakieś miejsce i opowiadał to o bagnach które tam są, to o nowo zbudowanych domkach. Weszliśmy na wał skąd łowili ryby z moim Tatą. Było magicznie. Myślałem o moim Ojcu. O tych chwilach które mieliśmy. O tym jak bardzo żałuje, że było ich tak mało, a jednocześnie ciesząc się , że był. Że miałem okazje go poznać. Przeżyć z nim kawał życia. NAuczyć się od niego życia. 

Odjeżdżając zapomniałem o zegarku i ruszyliśmy na południe. Jechaliśmy przez piękne łąki, pachnące, w słońcu. Mijaliśmy furmanki z końmi. Mijaliśmy stare wiejskie kościoły. Aż dojechaliśmy do wsi gdzie urodziła się i wychowywała moja Babcia. Żona Dziadka. Pamiętam tylko wzgórze, drzewa i droge w błocie. Dzień kiedy byłem tam z moją Babcią mając może 10 lat, może mniej. Byliśmy przy grobie jej rodziców. Jej Tato walczył w partyzantce, przetrzymywany w więzieniu w Lublinie na zamku. Zmarł po wyjściu, wyszedł w pole i odszedł. Mój pradziadek, którego nigdy nie poznałem, ani on mnie. Wiem tyko taką mały kawałek jego historii. Dominik Horębała, tak się nazywał. Obok niego Prababcia, którą widziałem mając 2 lata, rozmazane wspomnienie. Nic więcej nie wiem. Ale się dowiem. 

Dojechaliśmy z Dziadkiem pod cmentarz. Powiedziałem mu, że tylko on może mi to wszystko pokazać, opowiedzieć. Tylko on pamięta, tylko on wie. Uśmiechnął się. Powiedział, że mam racje, że już nikt inny mi tego nei opowie. Opowiadał mi jak nosił dzieci kilometrami na rękach do teściów, a miał ich czworo. Pokazywał mi drogę którą chodził. Weszliśmy na cmentarz. Dziadek się zatrzymał, pokazał palcem gdzie mam szukać. Wśród drzew, wiele grobów. Nagle jest ten jeden, widze zdjęcie mojego pradziadka, takie samo jak na pułce mojej Babci. To ten grób, ten sam! Ten sam przy którym byłem kiedyś z Babcią. To jest to samo miejsce. Dziadek się uśmiecha. Słońce przebija się przez kasztany. Jestem tam z nim. Żyjemy. Czy mogłem pomyśleć trzydzieści lat wcześniej , że przyjade tu z Dziadkiem , który wyjebał z liścia śmierci w twarz ?

Czuje się jak we śnie. Mam okazje dzielić życie z człowiekiem którego miało juz nie być. Każda chwila jest czymś nierealnym. 




Dominik Horębała, Genowefa Horębała

środa, 18 maja 2016

Brak wiary.

Z chwil pięknych przydażyła mi się taka, że mój Dziadek odbiera znowu odemnie telefony. Znowu rozmawiamy. Znowu się śmieje. Znowu przeklina. Znowu planuje, znowu cieszy się życiem.

A ja tam stałem nad jego łóżkiem. Wtedy w szpitalu i myślałem aby umarł i się już nie męczył. Poddałem się, tam wtedy.

Mam na sobie te wszystkie dni, wszystkie noce. Każdą chwilę. Każdą jedną kiedy płakałem z bezsilności.

Mam przed sobą chwile kiedy musiałem w nocy w domu łapać go za ręce i wbre jego woli pchać mu rure w usta i odsysać płyny. On patrzył na mnie, szarpał się, z nienawiścią w oczach, z żalem, że ja mu to robie.

Chwile kiedy kurwa mi mówili tyle razy, że on umrze, przy nim, że to jego koniec. A ja bezsilny stałem przy nim i mówiłem mu , że da rade, że jestem z nim , że wyjdziemy z tego razem, żywi.

Kiedy pierdolony doktor drwił ze mnie, że tam stoje na straży.

Kiedy nad ranem przyjeżdzałem, a on cały umazany w kupie, a jedyną osobą jaka miała z tym problem w szpitalu byłem ja sam. Nikomu więcej to nie przeszkadzało.

Bolą mnie te wszystkie wspomnienia. I to , że mojemu Tacie nie pomogłem. Chciałbym cofnąć czas i wiedzieć co wiem teraz. Pójść tam do niego do szpitala w Chełmie i rozpierdolić tych łapówkarzy skurwysynów lekcewarzących i kpiących z chorego. Złapać za gardło, docisnąć do ściany i ze spokojem w oczach przekazać , że mają szanse by się zreflektować.

Jutro zobacze znowu mojego Dziadka. Żywego, uśmiechniętego. Zrobimy sobie herbate. Pośmejemy się. Oddam mu jego tablet, znowu wyszuka jakieś stare piosenki i mi puści.

11 listopada leżał na łóżku w szpitalu. Dusił się. Był nieprzytomny. Puszczałem mu jego piosenki. Płakałem w kącie i pragnąłem by wyszedł z tego. Te wszystkie dni, wszystkie, każdy jeden, każda chwila którą spędziłem z nim w tych wszystkich szpitalach. Tego nie da się zapomnieć. Ci cierpiący ludzie pozostawieni sami sobie. Przywiązywani do łóżek. Ta znieczulica. Ta powierzchowność.

Brak wiary. Ludziom w koło kurwa brakuje wiary. Wierzą w Boga i w nim pokładają nadzieje myśląc , że co będzie to będzie i tak Bóg decyduje. I to jest ten jebany obłęd. Ja zamiast dostawać wsparcie słuchałem o pierdolonych modlutwach i o wsparciu Boga o które ktoś prosi. Pomogło ? Nie!
Ludzie chorzy potrzebują pierdolonego wsparcia, bycia przy nich, uśmierzania cierpienia, myślenia za nich, szukania pomocy wszędzie gdzie się da a nie jebanej modlitwy. Gdzie ja kurwa żyje ? Co to jest za świat!

Bóg nie przychodził by biegać po szpitalach i szukac pomocy.
Modlitwa nie pomagała kiedy Dziadek miał atak padaczki.
Nie pomagała też kiedy nie podawano mu leków i ja musiałem prosić o nie.
Boga nie było kiedy leżał umazany w kale i ja go myłem od stóp do głowy.
Boga nie było kiedy ja nie spałem po nocach i mało nie rozjebałem się o tira gdy zasnąłem za kierownicą.
Gdzie był Bóg kiedy Dziadek był odsyłany do ZOL-u który by go zajebał.
Modlitwą nie dało się zrobić tomografi o którą musiałem się prosić bo o niej zapomniano.
Bóg nie załatwiał pieniędzy na lekarzy, lakarstwa ani rehabilitacje.

Bóg załatwił jedną sprawe. Nauczył mnie, że nie ma czegoś takiego jak rodzina. Są tylko ludzie bliscy których okazało się mam więcej niż myślałem.

Obiecałem wszystkim wierzącym w Boga i na niego się powołującym, że w ich potrzebie ja pierwszy rzuce swoją pracę, kupię różaniec i będe się  modlił o wsparcie dla nich.


Musiałem się pierdolić z tymi zombie w tych szpitalach żeby ratować Dziadka. Czuje się zniszczony, brudny, obdarty z siły , ale jedno jest pewne. Przeżyłem coś. Zaznałem wiary. Wiary w to co robiłem. TEraz kiedy rozmawiam z Dziadkiem przez telefon płacze. Płacze bo po tym co widziałem, co było on mówi do mnie i się śmieje. To jest niesamowite przeżycie. Stracić nadzieje, bo ja ją straciłem, walczyłem o niego ale w środku już nie mogłem patrzeć na jego cierpienie. I nagle jest. Oto otwiera mi drzwi, a ja kurwa nie wierze własnym oczom!

Jestem szczęśliwy, że kiedy przyszła chwila ciężka okazało się , że moja miłość do niego nie była słowami. Ciesze się, że zrezygnowałem ze wszystkiego z czego mogłem zrezygnować by dac mu wszystko co mogłem dać. To jest kurwa niesamowite uczucie, oddać się komuś kogo się kocha, tak bez reszty bez jebanych kompromisów. Dziś mógłbym umrzeć z czystym sumieniem wobec mojego Dziadka. Nie zdradziłem go. Jestem szczęśliwy, że to co mi dał dało  mi siłe. Nie straciłem jego w sobie.




środa, 24 lutego 2016

całe moje życie z nim, całe

Siedze przy stole w kuchni. Na stole leżą książki. Dwa kilometry stad w szpitalu leży mój Dziadek. Za każdym razem kiey wychodziłem od niego z domu patrzyłem uważnie. Patrzyłem na niego i cieszyłem się chwilą bo wiedziałem , że może być ostatnia. On tam leży i nie dzieje się lepiej. Znika powoli. A ja robie wszystko co mogę , a nie zmienia to nic.

Nie umiem zapomnieć kim był zanim zachorował. Nie umiem zapomnieć jak przeżywaliśmy chwile. Nie umiem. Najpierw umarł mój Tato, teraz patrze jak znika Dziadek. Widze to. Zostaje z tym.

Zadzwonił do mnie tamtego popołudnia. Rozmawialiśmy. I nagle się zaczęło. I trwa. Mój Dziadek znika. To jest straszne. Męczy się. Cierpi. Znika.

A ja siedze przy stole który on kupił zanim ja na świat przyszedłem. Przy stole, przy którym zjedliśmy obiad. Przy którym zjedliśmy kolacje.

Życie jest koszmarem kiedy powoli traci się kogoś kto był z Tobą od zawsze. Kogoś kto od kiedy pamiętasz wspierał Cie. Kogoś kto jest całym Twoim życiem. Mój Dziadek jest dla mnie całym moim życiem, był ze mną odkąd pamiętam. Piszą co płacze. Bo nie umiem pogodzić się z jego chorobą. Nie umiem zaakacpetować tego co się dzieje. Nie chce. Nie godze się na to. Mam dość! Mam dość tracenia ludzi w tym życiu. Byli i ich nie ma. I dla mnie to koniec. Nie ma nic. NIe ma nas. NIe chce!!!!!

Bezradność jest straszna.

Karmie Dziadka przez godzine. W ciągu godziny zjada jajko, kilka łyzek serka, dwa kawałeczki kiełbasy. Jednego dnia rozumie co mówi i odpowiada , innego nie ma z nim kontaktu. Patrze na człowieka z uszkodzonym mózgiem i nie wiem nawet co i jak widzi, jak słyszy. Czytam książke "Świat utracony i odzyskany" i ciarki mnie przechodzą. I próbuje rozumieć co się dzieje z moim Dziadkiem.

Wymiękam. Już tyle razy w nocy sam siedziałem pod szpitalem, w szpitalu, zagryzałem zęby. Myślałem co jeszcze można zrobić. Jak jeszcze mu pomóc. Wtedy miałem jeszcze nadzieje. Teraz straciłem do siebie szacunek bo przestałem mieć nadzieje. Umarłem w środku. I nie mam do kogo się zwrócić o pomoc bo każdy ma swoje problemy. Każdy ma swoją walke o codzienność.

Za dużo tego. Za dużo widoków. Zbyt wiele śmierci. Nadmiar cierpienia. Świadomości , że Dziadek cierpi. Chciałem pomóc mu. Chciałem go ratować. I co zrobiłem ? Co ? Piąty miesiąc się męczy a stan się tylko pogarsza. Mogłem go zostawić i umarłby wiele razy. Tyle interwencji. Tyle walki o niego. Mógł umrzeć już kilka razy, a ja mu przyspożyłem tylko więcej cierpienia bo miałem nadzieje, że wyzdrowieje.

Kurwa!!!!!!

On nawet mnie nie rozumie. Nawet nie mogę mu powiedzieć, że go kocham , że walczyłem , że robiłem co mogłem by mu pomóc. On tego nawet nie rozumie. Wkurwia się tylko , że mu jedzenie podaje.

Gdzie skończyło się nasze życie ? Jego w świadomości , a moje w radości obcowania. On już tylko mówi, że nic nie rozumie. Gdzie jesteśmy. Gdzie był moment ostatniego uścisku. Ostatniego przeżycia. Stoje tam i wiem, że mnie nie rozumie. Że nie wie gdzie jest, co sie dzieje.



Kocham Cie Dziadek na zawsze.




poniedziałek, 15 lutego 2016

Jedlismy razem obiady, kolacje.

Jestem nikim. W obliczu tego co musze zrobić jestem nikim. Siedze na kanapie obok Dziadka. On śpi. Siedze i słucham jak kaszle, jak oddycha. Zrobiłem wszystko co mogłem, byliśmy tak blisko. Tak blisko. Dziś żartował ze mna. Jeździł na wózku po mieszkaniu i się przygladal wszystkiemu z zaciekawieniem. Jedlismy razem obiady, kolacje. Plakalem. Bo przeciez cieszylem sie chwila przy stole z kims kogo wszyscy skazali na smierc. Z kims kogo tak bardzo kocham. A teraz koniec ? Wszystko przekreslone ?

Wynik testu pozytywny.


Kurwa. Tyle walki Dziadka. Tyle nocy nie przespanych. Tyle razy tym skurwysynom patrzyłem w oczy i napierałem żeby dostać pomoc dla Dziadka. Przetrwał tyle. Z jego sal wyjechało kilkanaście osób bez oddechu, młodszych, starszych. A on trwał. Dusił się, dławił, dusił się i dławił i trwał. Tyle ugieć nóg było by mógł teraz chodzić. Tyle masowania by dał rade wstać. Tyle było serca włożonego, tyle jego wiary. Tyle modlitw z nim współnych.

Wynik testu pozytywny.

Te bezcenne uśmiechy po tygodniach zamkniętych oczu. Te pierwsze słowa po miesiacach ciszy. Te usciski dloni gdy oczy zamkniete. Tam w tych salach , w tych szpitalach, wsrod tych oddychajacych nocy, wsrod monitorow zostalismy , ja i moj Dziadek. Na zawsze.

Wynik testu pozytywny.


Pana Dziadek nie dozyje rana. 
Pan musi zrozumiec ze wszystko ma swoj koniec. 
Potrzebuje Pan cudu zeby Dziadek z tego wyszedl. 
Pana Dziadek juz sie nigdy nie podniesie z tego lozka. 
Niech sie Pan przygotuje ze to juz koniec.
 Z takiej choroby sie juz nie wychodzi. 

Ilez to ja razy slyszalem z ust przeroznych lekarzy zapewnienia ze spedzam z Dziadkiem ostatnia noc, ze Dziadek wlasnie umiera. Ile razy plakalem trzymajac go za reke. Nawet ten pieprzony sylwestrowy wieczor kiedy powiedzieli mi ze umrze tej nocy, i kazali wyjsc. I tak siedzialem na schodach z glowa w dloniach produkujac jezioro emocji z kropel moich uczuc. A on tam lezal, a ja kurwa nie moglem byc przy nim. I lezalem, i balem sie pieprzonego dzwonka w telefonie , balem sie ze zadzwonia. Tak bardzo sie balem. I nie zadzwonili.

Wynik testu pozytywny.

Piec pieprzonych miesiecy mija. Piec pieprzonych miesiecy cierpienia dla niego i  patrzenia jak ktos kogo kochasz cierpi. Piec miesiecy walki z ludzmi ktorzy zapomnieli po co sa w szpitalach.

Piec miesiecy nie wiem juz co sie dzieje.