środa, 30 kwietnia 2014

Zamyslone twarze

Mam takie zdjecie. Zrobilem je w lutym 2005 roku. Jest na nim moj Tato, Mama, Dziadek z Zamoscia, Bacia z Chelma i Dziadek z Chelma.

Moj Tato siedzi na lawce, jego siwe wlosy rozwichrzone na glowie. Ma na nosie okulary, patrzy gdzies slepo w podloge. Ma opuszczone rece. Krzywo opiera sie o oparcie lawki. Ma na sobie czarna skurzana kurtke. Po jego prawej stronie stoji moj Dziadek z Zamoscia. Patrzac na to zdjecie przyznac musze ze nie wiele jest zdjec na ktorych moj Dziadek ma taka kamienna i smutna twarz. Dziadek stoji. Ma siwa brode i wasy. Jest bardzo zamyslony. Na lewo od Tata, dwa metry przed nim stoji jego siostra i jego Mama. Obydwie płaczą. Po prawej stronie od Taty, przed Dziadkiem stoji moja Mama. Patrzy smutno w dół. Gdzieś między nimi jest Dziadek. Ma na sobie garnitur. W rękach trzyma obrazek. Dłonie ma oplecione różańcem. Ciocia trzyma dłoń na jego głowie.

Patrze na to zdjecie i zastanawiam sie co czul moj Tato kiedy obudzil sie kilka dni wczesniej i dowiedzial sie ze jego Tato nie zyje. Co czula Babcia ktora spedzila cale zycie z Dziadkiem. Zastanawiam sie co myslal Dziadek kiedy patrzyl na cialo drugiego Dziadka.

Dziadek lezy. Zostalo tylko jego ciało. Nie ma tam już serdecznego usmiechu, ani dowcipu. Jest tylko kawałek ciała. Kiedy odchodzi ktos bliski z kim dzielilismy zycie powstaje to niewiarygodnie dotkliwe poczucie ktore zapowiada nadchodzace pytanie - po co to wszystko ? Patrze na to zdjecie i mysle ze stajac w obliczu smierci rodzi sie nadzieja. Nadzieja na to, ze to nie koniec. Bo jesli to koniec to co ja tu wogole robilem ?

Tyle razy widzialem juz smierc. Odkad mialem 6 lat widzialem umierajacych bliskich ludzi, czy to malych kuzynow, czy wujkow, ciocie, babcie, dziadka. Widzialem konajacych na ulicy przede mna ludzi po wypadkach. Jestem tu i nagle mnie nie ma. Zastanawiajace.

Patrze na zdjecie i wiem ze wszyscy odejda, bez wyjatku. Tak jak odchodza od zawsze. Patrze na zdjecie Dziadka i wiem ze pewnego dnia ja bede lezal martwy. I nie ma od tego odwrotu.

Na koniec zycia, bez wzgledu na to co zrobie , co przezyje i tak stane wobec mysli iz wszystko minelo, nie ma juz tego. Jesli nic pozniej nie ma, a to wszystko jest tylko jednorazowym przezyciem to poczucie tego ze zyje, ze jestem jest piekny zludzeniem.

Patrze za okno. Jak co wieczor. W odbiciu szyby widze swoje cialo. Cialo po ktorym nic nie pozostanie. Kompletnie nic. Tak jak nic nie pozostalo po moim dziadku. Pamietam jak szedlem na studia i Dziadek powiedzial mi "Idz za ciosem". Chodzilo mu wtedy abym dobrze postepowal i nie poddawal sie. Pozostaly we mnie tylko wspomnienia po nim.

Patrzac na to czym jest zycie, jak mija, jak znika i jak boli trudo jest oprzec sie kuszacej wizji ze musi byc cos wiecej. Ale jak w to wierzyc. Jak miec nadzieje na to ze cos bedzie. Zycia sa tak bardzo indywidualne. Myslalem ostatnio o mojej kolezance ktorej rodzina to jej mama, brat i tato. Inna kolezanka jest sierota, ma rodzicow ktorzy ja przygarneli. Ja mialem szczescie urodzic sie w duzej rodzinie, gdze bylo duzo ludzi. Gdzie byly rozne relacje, rozne emocje. To wlasnie o to rozchodzi sie cale moje niezrozumienie. O to ze to wszystko ma zniknac? Moja rodzina, przyjaciele , ludzie ktorzy mnie stworzyli maja zniknac od tak na zawsze i wszystko co przezylem ma przestac byc ? To brzmi jak koszmar.

Koszmar ktory wtedy wszyscy przezywali patrzac na cialo , ktore pokazuje co nas wszystkich czeka.


Zycie jest piekna zagadka nad ktora zastanawiam sie bedac w tym ogrodzie pelnym owocow i kolczastych chwil.