czwartek, 15 sierpnia 2013

jeszcze jesteś.

zastanawiam się jak będzie wyglądał dzień kiedy umrze ktoś mi bliski, ktoś jak np mój dziadek. umarło już kilka osób ważnych dla mnie. po latach dochodziłem do wniosku , że nie rozumiałem życia kiedy mogłem się nim cieszyć z ludźmi którzy wtedy żyli. nie umiałem zadać im ważnych pytań. teraz ich nie ma.

zastanawiam się o czym pomyślę kiedy będę żegnał dziadka. choć być może i tak, że to on mnie pożegna. i potem siąde i powiem przecież to wszystko teraz nie ma sensu, bo czy ma ? byłem ostatnio w zamościu, zamość już w jakiś sposób umarł dla mnie. nie ma tam moich dziadków, są ciocie , wujkowie, tyle. zamość jest moim wspomnieniem. co kiedy stanie się tak z resztą mojej rodziny. to właśnie jest życie, przywiązujemy się to tego co mamy, oczekujemy trwałości w świecie w którym nic nie trwa wiecznie. nic.

no więc dzwonie do Dziadka, pyta jak się ma. słysze jak się cieszy, jak się śmieje. odwiedzam go kiedy jestem w polsce, jemy, pijemy, smiejemy się. Dziadek opowiada, pyta, i wszystko za chwile znika, wsiadam do samolotu i wspominam to patrząc na drzewo z za okna odbite na mojej ścianie.

po latach dopiero dociera do mnie wartość słów Dziadka , kiedy zawsze na pożegnanie mówił do mnie "Dziękuje, żeś mnie odwiedził". Dociera do mnie jak puste życie być może kiedy mieszka się samemu, tak jak on, jak puste jest kiedy się kochało i było kochanym, a dziś tylko ściany.





środa, 14 sierpnia 2013

beczka prochu w głowie

być może przez porzucenie własnych celów, planów i pragnień, wyrzekając się radości z życia i pomagając żyć innym można się zabić w sposób najlepszy. rezygnując z życia , a to co z niego zostało użyć jako narzędzie by wesprzeć innych i dopiero gdzies na końcu umrzeć w samotnści z całą beczką prochu myśli. nie raniąc nikogo , nie pozostawiając ludzi z tymi samymi pytaniami z którymi ja jestem, ale wspierając ich w drodze przez to co jest. zostawić wszystkich to stworzenie wielkiego cierpienia tym co żyją, a to nie o to chodzi.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

idziesz sobie ulicą a tu pytanie się pojawia za rogiem

nie moge tak zwyczajnie powiedzieć sobie , że będe mieszkał tu i tu, będe robił to i to, żył tak i tak, nie moge bo już sama wizja napawa mnie nudą. gdybym zaplanował sobie, że przeczytam książke w weekend tylko dlatego żeby zwyczajnie ją odhaczyć to wolałbym ją zjeść niż czytać, nie umiem robić czegoś jeśli tego nie pragne.

pojawiła się ostatnio ciekawa szansa zmiany życia, totalny przewrót wszystkiego, sokowirówka. zacząłem wychodzić na spacery i rozmyślać o tym, ciężki temat szczerze mówiąc dla mnie. czy zostawić wszystko , całe to życie zombie tutaj i spórbować czegoś innego. to całe zastanawianie się doprowadziło mnie do zupełnie innego pytania zamiast do odpowiedzi na pytanie. pytanie jakie mnie ogarneło jest proste, dlaczego ja jestem tu gdzie jestem ? wydaje się być banalne, ale kiedy zacząłem się zastanawiać okazało się, że nie jestem pewien dlaczego tu jestem. co więcej odpowiedź na pytanie gdzie powinienem być stała się jeszcze trudniejsza. łatwo jest wpaść w chorobe psychiczną zwaną miłością i się osiedlić gdzieś argumentując to ową chorobą , można też argumentować wybór miejsca na milion innych sposobów, rodzina, dzieci, praca i co tylko jeszcze. ale to pytanie jest głębsze jak się okazuje. pytanie jest co ja tu wogóle robie ? mnie tu nic o ciarki nie przyprawia, mnie tu nic nie budzi do życia, wstaje niczym zmarnowany życiem , jak bym już dawno umarł. i prosze tylko mi nie mów, że nie mam celu w życiu i ambicji bo zapłoniesz na stosie w mych myślach.


to bardzo ciekawe obserwowanie przemijania każdej chwili. nie potrafie zrozumieć ani wyrazić słowami teraźniejszości. za każdym razem kiedy jestem świadom przeżywania czego kolwiek, wiem już że za chwile będzie już odległa przyszłość a wszystko co było stanie się niczym innym jak obłokiem wspomnienia. nie potrafie uchwycić zatem gdzie dokładnie jestem, czy ja tu jestem , czy wogóle można tu być i cokolwiek przeżywać skoro wszystko jest przeszłością. nawet przyszłość na którą oczekuje istnieje tylko teraz w mojej głowie, ale ona jest skazana na stanie się obłokiem wspomnienia, możliwością jest tylko nadanie jej formy w jakiej ją zapamiętam. i ciach bajera zaraz będzie skończy się wszystko.

więc jak żyć z myślą, że wszystko zmierza ku niczemu, ja nie umiem.

niedziela, 11 sierpnia 2013

na początku jest śmierć

umarłem, dlatego to jest pierwsze zdanie, później nie mogłem napisać już nic. zanim umarłem długo cierpiałem fizyczne bóle leżąc w łóżku. byłem sam. nikt nie wiedział , że umieram. nie miałem żony ani dzieci, nie miałem bliskich. moi rodzice umarli jakiś czas temu. moje rodzeństwo mieszkało na innym kontynencie. nie mówiłem im , że choruje. umierałem przez kilka miesięcy. miałem czas aby zmierzyć się z bólem i spisać ostatnie myśli zanim zniknąłem.

na końcu jest śmierć. na końcu mojego życia. nie wiem jak będzie z innymi ludźmi ale ja umre. ta myśl nie pozwala mi cieszyć się dniem dzisiejszym. nie umiem nie myśleć o tym co będzie potem. to pytanie jest mną , a ja tym pytaniem. i nie chodzi o ciekawość. chodzi mi o fakt, że cokolwiek dokonam w życiu i tak nie będzie miało większego znaczenia ponieważ na końcu wszystko zniknie. obróci się w zupie tego wszechświata.

na początku podobno się urodziłem, przyszedłem na świat i gdzieś po drodze zacząłem być świadomym tego że żyje, że tu jestem. reszta, cały natłok myśłi, przeżycia, chwile, wspomnienia , cały mój świat to wszystko stanowi mnie, buduje mnie. jestem historią tych przeżyć.


myśl jako owoc mojego życia. być tak może, że wniosek iż nic nie rozumiem będzie najbardziej wzniosłą myślą mojego marnego życia w którym błąkam się od drzwi do drzwi pukając i pytając - co widzisz ?

patrze na mojego dziadka i zastanawiam sie jak to możliwe , że z jednej strony ma tak otwartą głowe, potrafi słuchać i wyciągać tak błyskotliwe wnioski a z drugiej strony wierzy w Boga. to chyba pozostanie dla mnie tajemnicą.


zabawne że kiedy patrze na ten świat to im więcej czytam na tematy różne jak budowa wszechświata w skalach skrajnych to spotkanie w drzwiach z moją Mamą, albo machający mi obiema rękami Tato kiedy wyjeżdzam staje się chwilą której już opisać się słowami nie da. nie da się bo wiesz na jakim poziomie to obserwujesz, jednocześnie wiedząc ile czasu na piechote szedłbym do słońca, a gdzieś między tym jest świadomość o tym, że słowo materia jest tylko opisem tego czego jeszcze nie pojeliśmy. a to wszystko tylko dzięki zmysłowi wzroku, który.....itd. im więcej wiem tym bardziej czuje , że siedze w kinie i oglądam jakąś projekcie dostarczaną do mojego umysłu a nie własne życie.


i tak musze umrzeć. ale to i dobrze bo nei chciałbym żyć wiecznie, byłaby to masakra. demoniczną myślą jest wizja , że można by uwiezić świadomość w kamieniu i pozostawić ją wietrzeniu na następne mieliony lat, aby przemyślała sobie pare spraw.


dochodze do wniosku, że bycie w zgodzie ze sobą to największy sukces jaki można w życiu osiągnąć. co mam przez to na myśli. ano to , że godze sie na wszystko co przychodzi i odchodzi, nic nie chce, nic nie oczekuje, zwyczajnie tu jestem. dziekuje dobranoc.


w ciemności leże

obserwuje. ludzie w koło mnie. podejmują decyzje, mówią o celach, o tym co i po co chcą osiągnąć. mówią o szczęściu, nieszczęściu. obserwuje to wszystko z boku.

odwiedziłem miasto w którym mieszkają moi rodzice, dziadkowie. byłem przez kilka chwil z nimi. patrzyłem na nich. zachwycałem się nimi. doznawałem możliwości bycia obok nich, z nimi. przyglądałem się ich codzienności.

ktoś zachwycał się swoim nowo narodzonym dzieckiem. opowiadał o żonie, o problemach dnia. ktoś inny opowiadał mi o tym, że za późno zaczyna być na posiadanie dziecka. usłyszałem o złamanym sercu, o utraie nadzieji, o chęci popełnienia samobójstwa. słuchałem o sukcesach zawodowych i o porwanym dziecku , którego brak zabija rodziców za życia. słucham o problemach wychowawczych, o słąbej pracy, a obraku motywacji. ludzie borykają sie z przeróżnymi problemami, a te tworzą ich życie, ich historie. ja zastanawiałem się jaki ja mam problem, coś co napędza moje życie, doszedłem do wniosku, że moim problemem jest samo życie, nie umiem go zrozumieć , a bardzo chce, i to jest na chwile obecną jedyną żeczą jaka mnie napędza. niestety brzmi to śmiesznie i w ten sposób wole nie odpowiadać kiedy ludzi mnie pytają jaki mam cel w życiu.

czytam rozmyślania Marka Aureliusza. ktoś niedawno zapytał mnie czy pamiętam miejsca w któych czytałem książki. Aureliusza czytam chodząc po Oslo. jego myśli tak mi bliskie, tak zgubne jednocześnie. ide przez Oslo i to godze się z nim to nie godze się. coś zapada w pamięć, coś powoduje, że dłużej się zastanawiam tak jak myśl o tym iż nie ważne kiedy umieramy czy za młodu czy na starość bo zawsze tracimy jedynie teraźniejszość, możliwość jej przeżywania. nie posiadamy jak pisze Aureliusz ani przeszłości ani przyszłości, jedynie teraźniejszość możemy stracić a ta jest zawsze taka sama bez względu co za i przed nami. kiedy znowu pisze o ludziach, którymi się otaczamy i o tym jak zachwycający są, jakie mają piękne cechy i jak należy się nimi zachwycać to przyznać musze , że jest to myśl, która mnie dotyka. bo w koło mnie w życiu było tylu ludzi, którymi się zachwycałem , zachwycam. ludzi których nie sposób opisać, zapomnieć anie na nowo spotkać, każdy tak wyjątkowy. piękne.

wróciłem do pokoju w Oslo. masakra. pustka. środek lata a tu jak w jakimś koszmarze, choć lęku nie ma to świadomość iż czas mi się tu zatrzymał przyprawia mnie o dreszcze. przez ostatnie dwa tygodnie tyle przeżyłem, tyle widziałem, tyle doświadczyłem, z tyloma ludźmi przeżyłem chwile. piękne. a tu znowu nicość. książki, łóżko, praca, okno, drzewa oto ja, na własne życzenie zawieszony w czasie. i choć brzmi to kurewsko smutno jak opowiadam komuś, to ja czuje się szczęśliwy, bo kiedy spotykam ludzi ważnych jakoś tak intensywnie nasiąkami chwilami, już inaczej niż kiedyś.








czwartek, 8 sierpnia 2013