czwartek, 11 lipca 2013

wymiotuje

wymiotuje ciągle sam sobą. słysze, żeby pozytywnie myśleć, że trzeba, bo życie jest piękne, i za każdym razem wymiotuje bardziej. i dopiero gdzieś kiedy siedze taki cały zażygany , kiedy leje się ze mnie wszystko co może, wtedy podchodzi ktoś kogo nie znam i mówi: też żygasz ? a myślałem, że tylko ja jestem chory. od razu robi mi się lepiej. zaczynamy rozmawiać o tym czym to wszystko może być, jak to czujemy , to wszystko co jest w czym jestem. i dopiero wtedy kiedy spotykam kogos takiego , zaczynam czuc kim jestem. a jestem nikim, czyli kims kim sie urodzilem i kim chce pozostac, kims kto nie zamyka sie w ramach szablonow wymagan wykreowanych przez zamkniete umysly. nie chce byc po cos, chce byc raczej po nic.

potrzeba duzo wytrwalosci aby zdezac sie z ludzmi ktorzy przychodza prawic moraly, uczyc jak zyc, uczyc po co zyc, jak postepowac, jak sobie radzic ze smutkiem, jak byc radosnym. masakra. i kazdy jest kurwa pewien ze ma racje, ze zycie jest takie cudowne, ze szczesliwym trzeba byc :) ja jebie, cyrk.


tak sobie mysle ze mam 32 lata i od wspomnien kiedy mialem 10 lat dzieli mnie tak ogromny dystans, nei wiem czego, podobno czasu, ale jest przeogromny. wiecznosc moglaby byc koszmarem, albo sam fakt istnienia w niej i bycia swiadomym. to jakas masakra.








piątek, 5 lipca 2013

co mi po bani chodzi

życie jest w pizde smutne. codzień kiedy jade rano do pracy widze z tramwaju kobiete ok 40 idąca z plecakiem i reklamówkami w strone miasta. ona koczuje gdzieś nad morzem. jak tak patrze na nią i na jej zywot i sobie myślę jak kurewsko ciężko jej musi być to nie mam złudzeń co do pierwszego zdania tego wpisu. siedze gdzieś między szybą a malująca się lalką w tramwaju. patrze w koło wszyscy napierdalają na smartphonach. no ja wiem, że one ułatwiają życie, bo mi przecież też. pochylamy się nad nimi a tej babki na ulicy już nikt kurwa nie widzi bo nawet facet co ją mija gapi się w telefon.


wiec ja sie pytam siebie czym jest ta cywilizacja skoro mamy wszystko ale tylko do czasy kiedy pasujemy do reszty, potem jest game over. mozesz dostac drobne albo w morde, wszystko.


mialem dzis ciekawy sen, zazwyczaj sny spisuje tylko na blogo zamknietym gdzie nikt ich nie widzi, ale ten jest arcyciekawy. snil mi sie mozg, moj mozg. normalnie jako siec polaczen. byly kolorowe. ja lecialem miedzy nimi jak w kosmosie. i nagle z kilku polaczen zrobila sie jedna nitka, ja nia polecialem i nagle wlecialem w to polaczenie i wszedlem do jakiegos swiata zaczalem cos przezywac. potem sie z tego wydostalem i znalazlem sie w innym polaczeniu w innym swiecie. kiedy wychodzilem z kazdego widok w gore bylem w kolejnym mozgu, kolejne polaczenia , a droga ta nie miala konca. bylo to jak gdyby kazdy umysl byl kreacja w innym umysle. cos na ksztalt sieci o niepojetej liczbie polaczen z ktorych kazdy wezel tworzy kolejna taka siec w sobie jednoczesnie biegnac polaczeniami w dol mozna sie wydostac na gore. zadziwiajaca projekcja wyobrazni to byla.


zauważyłem, że jak nie mam czasu myśleć to wpadam w ciąg niby sen. ostatnio bardzo dużo pracowałem i nie miałem czasu usiaść i podumać. wracałem z pracy nad ranem, rano wstawałem i znowu do pracy. i tak widze, że to lekka masakra. kiedy na chwile usiadłem i pomyślałem, że nie istnieje i że to wszystko jest złudzeniem, że bawie się w tą zabawe zwaną zyciem gdzie ludzie są tacy poważni, gdzie kompilowanie kodu i wysyłanie pakietów informacji na drugi koniec świata może być wazniejsze niż zjedzeni jabłka i spacerowanie to myślę sobie gdzie ja do chuja jestem ? odpowiedź oczywiście przychodzi szybko- zbieram na mieszkanie. i tak jak śpiewali - chciałbym umrzeć z miłości.....żartowałem :)

Pierwszy raz w życiu fruwałem !

miałem okazje być w życiu na kilku koncertach. byłem, słuchałem, bawiłem się. na ten na który wybrałem się teraz był czymś wyjątkowym. pamiętam jak dziś rok 1993, oglądam MTV a tam zaczyna lecieć kawałek green Day - Basket Case. nie zapomne uczucia kiedy to usłyszałem, przez całe kolejne wieczory wysiadywałem przem TV czekając aż go puszczą znowu. miałem pod ręką telefon z automatyczną sekretarką i nagralem go sobie na kasete. cóż to był za kawałek. przetłumaczyłem słowa i zakochałem sie znowu. 20 lat później, ide w Oslo ulica i widze plakat , że Green Day gra koncert, wtedy już wiedziałem , że ja tam będe. ostatnie trzy dni przed koncertem programowałem w pracy po 16h i byłem trupem, na koncert poszedłem jak zombie. kiedy ruszyli to we mnie pękła bomba adrenaliny. byłem gdzieś w środku stadionu i wyrywało mnie z butów, moje łydki dały rade. pamiętam, że jak zagrali When I come Around to mnie już nie było tam, odleciałem. To co działo się potem było istną extazą. chyba pierwszy raz w życiu przezyłem to o czym mówią ludzie , o tym jak to przeżyawają. cały czas miałem nadzieje, że zagrają Basket Case, kiedy usłyszałem pierwsze słowa tego kawałka to musiałem wyglądać komicznie :) ja tam fruwałem , nie było limitu wysokości ani szaleństwa drgawek ciała , rozjebałem wszystkich stojących w koło turystów dla których worek kasy za bilet tak żeby postać w niedziele to żadna sprawa. darłem się jak bym wołał o pomoc po złamaniu nogi w środku gór. to było coś! nie zapomne tej chwili !





Tutaj filmik z koncertu (ktoś nagrał i wrzucił do sieci) na którym byłem kiedy zagrali Basket Case.
http://youtu.be/NFF9I5PSxE8?t=2m49s