środa, 29 maja 2013

narodziny

siedziałam sobie dość wysoko, na górze. nie zauważona przez przmieszczających się poniżej ludzi. miałam na sobie ubrania, które wtapiały mnie w otoczenie. trudno było mnie dostrzec. obserwowałam ludzi. patrzyłam na nich. zastanawiałam się jacy są. zastanawiałam się co by powiedzieli gdyby mnie poznali. jeden z ludzi typowy samotnik zaczął się powoli do mnie zbliżać. wchodził po skałach , im był wyżej tym robił się bardziej biały. tracił włosy, zęby, co chwile zatrzymywał się i płakał. ja siedziałam i patrzyłam. szedł wyraźnie w moim kierunku, ale skręcał to na lewo to na prawo. zatrzymywał się i krzyczał coś z góry do innych, ale tamci najwyraźniej go nie słyszeli. dzwigał ze sobą książki, im wyżej był tym mniej ich miał. wspinał się i płakał. patrzył przed siebie ślepym wzrokiem. robił resztkami sił ostatnie kroki, już jako starzec. usiadł na kamieniu obok mnie. wyjął swój notes i zaczął pisać. burczał coś pod nosem. wtedy usłyszałam jak wypowiada swoje myśli. popatrzyłam na niego i powoli widziałam jak zaczynam się znim zlewać. ludzie na dole zaczeli na nas patrzeć. najpier mała garstaka. chwile potem było ich coraz więcej. on mówił i pisał. poczułam wtedy jak się rodze. poczułam czym jestem. zostałam opisana. została dostrzeżona. dowiedziałam się iż jestem. zaistniałam. wpierw jako myśl na jego ustach. dużo później kiedy inni weszli na góre i znieśli mnie na dół zostałam rozmnożona. zaczełam pojawiać się wszędzie. na ustach, na kartkach, na obrazach, wykuta w skałach, wyryta w drewnie. zaczełam istnieć. dostrzegałam się odbiając w ludzkich umysłach.

wtorek, 28 maja 2013

słysze dzwony, to już niedziela

Dostałem kilka odcinków domku z kart. Serial. Bardzo mi się podoba. Dlatego obejżałem kilka odcinków i kiedy się już wkręciłem to przerwałem oglądanie. Lubie przerywac ciekawość. W jednym z odcinków pojawiała się fajna myśl. Dziewczyna zapytała o to czy powinna podjąć nową prace, facet odpowiedział aby sobie wyobraziła dzień w takiej pracy i zobaczyła jak się tam czuje przez to. Nigdy tak nie próbowałem robić.

Zacząłem sobie wyobrażać.


Siedze na ulicy. Czuje jak moje spodnie lepią się domnie. Czuje smród mojego ciała. Czuje jak lepkie mam usta , jak niesmaczny oddech mam od niemytych zębów. Siedze i patrze na przechodzących ludzi. Czasem ktoś się nachyla i wrzuca mi do kuba monete. Mój wzrok wraca do książki. Czytam myśli człowieka którego nigdy nie poznam. Siedze tak i patrze na niebo. Nie wiem jaki jest dzień, nie wiem która godzina. Nie wiem nic. Nie pamiętam jak pisze się programy, nie pamiętam jak się używa poczty elektronicznej. Nie pamiętam nic. Zapomniałem siebie. Wiem, że kiedyś byłem młodym , wiem że kiedyś biegałem, że miałem znajomych, przyjaciół. Wiem, że siedze tam sam, nie znam nikogo, wiem , że wypadają mi zęby , że idzie zima i że znowu będe się szlajał po dworcach. Wiem, że gdzieś tam są moim rodzice, moje rodzeństwo. Wiem, że są świadomi mojego wyboru, że może chorują, może mają problemy, ale nie moge żyć dla wszystkich nie żyjąc dla siebie. Wybrałem rezygnacje ze wszystkiego, siedze i patrze na zakochaną pare, patrze na radość ludzi, patrze na ich smutne twarz kiedy patrzą na mnie. Wiem, że już nie spotkam wielu ludzi, wiem, że już nie zrobie wielu rzeczy, wiem, że wysiadłem z pociągu a on odjechał. Już nie będe miał dzieci, ani żony. Wiem, że nie obudze się w czystej białej pościeli, nie zaprosze nikogo na obiad, nie pójde z bratem na piwo, nie zrobie wielu rzeczy, które były kiedyś moim życiem. Dni mijają, a ja nie wiem co się dzieje, nie wiem nic. Czuje jedynie spokój, pogodziłem się ze zbliżającą się śmiercią, nie uciekam od niej, nie uciekam od cierpienia i bólu. Teraz stają się wyraźne wszystkie chwile życia, przypominam sobie chwile z mojego porzedniego życia. pamiętam jak kiedyś siedziałem i pisałem bloga, jak czytałem książki szukając odpowiedzi. odpowiedź była zawsze, była ciągle na wyciągnięcie ręki ale ja szukałem daleko. tak długo czułem się odpowiedzialny za świat, za ludzi, za to by im pomóc, ale nie umiałem pomóc sobie. im bardziej pomagałem wszystkim w koło tym bardziej zapominałem o sobie i nie mogłem pójść tam gdzie prowadziła moja droga. w końcu ją znalazłem. ból, smród, samotność, to mój świat. świat w którym jest tylko jedno, jest cierpienie. brak oszukiwania siebie, brak udawania, że żyje, że życie jest ważne. urodziłem się po coś, po to by pójść za tym co czułem, a nie za tym czego pragneli inni. stracić siebie, oddać wszystko co najcenniejsze to jest tym czego szukałem, tym co zawsze mnie zmieniało, a ja tego nie widziałem. mam 36 lat, wyglądam na 60, jestem wykończony, przestałem się oszukiwać i życie zabiło prawie moje ciało w kilka lat. nie zwiedziałem całego świata, nie poleciałem w przestrzeń kosmiczną jak mażyłem, nie zrobiłem niczego z tych rzeczy, ale zrezygnowałem z tego co najcenniejsze. nie wyszedłem trzaskając drzwiami o samobójstwo. zgodziłem się żyć nie oszukując siebie, przyjmując każdy dzień na ulicy, tak długo jak długo ja sam idąc ulicą będe wrzucał sobie monety do kubka. siedziałem tam i patrzyłem na świat, który pędził tak samo jak przez ostatnie tysiące lat, zmieniały się tylko kształty , barwy i prędkość. nic więcej. tak jak tysiące lat temu tak i dziś nikt nie znał odpowiedzi czym jest, po co żyje. nikt. mimo tego wszyscy pędzą w przekonaniu, że coś rozumieją, że wiedzą czy i po co są. ktoś podchodzi do mnie i mówi do mnie po imieniu. odwracam się. rozpoznaje koleżanke. nachyla się i pyta co się stało. uśmicham się i mówie, że wszystko w pożądku. że mam się wyśmienicie, w końcy żyje :) patrzy na mnie zdziwiona, pyta jak może mi pomóc. mówi , że zabierze mnie do siebie i pomoże mi. usmiecham się i mówie, że mam wszystko czego potrzeba i że dziękuje jej serdecznie. po długiej rozmowie odchodzi, by powrócić z siatką jedzenia. karmi mnie. przedłuża moje życie. ona, kobieta, którą kiedyś poznałem. z którą mogłem kiedyś być. nie umiałem. mijają dni, miesiące, mijaja wiele miesiecy. czuje się coraż gorzej. coraz więcej się uśmiecham, widze zbliżającą się śmierć. ale nie tą fizyczną, widze ją jako śmierć poczucia iż tu byłem, iż żyłem, iż kochałem, iż ktoś mnie znał. wraz ze mną umiera cały świat jaki znałem. znika chłpoak i chwile które tworzył. znika moje imie, znikają moje relacje z ludźmi, widze tylko jak przemieszczają się kolejni ludzie. widze jak przychodzą i ochodzą. widze, zachód słońca, wschód. czuje ból. nic więcej. głód. słysze jak biją dzwony, głośno, to musi być niedziela, biją coraz głośniej. jest już noc, a one wciąż biją. i w ciszy słysze jakieś kroki. dzwoni cichną. ja naprawde zrezygnowałem z życia.

cierpienie jest szczęściem, bo szczęściem jest zrozumienie

stałem między ludźmi. delikatnie po twarzy przebiegał wiatr. patrzyłem na niebo. ludzie stali w ciszy. nikt nic nie mówił. gdzieś w oddali słychać było przejeżdżające auta. patrzyłem na nich wszystkich. na nich i na to co się działo. powoli dobiegało pociąganie nosem i płacza mojej Mamy. stała zalana łzami. wszyscy płakali. łzy były niczym gęsty deszcz padający w ten dzień, gdzie bezchmurne niebo bez granic łączyło się z wielkim wszechświatem. kilku mężczyzn powoli zaczeło się przemieszczać. w tle usłyszałem głos mojego Dziadka mówiącego "O Jezu". Powiedział to na takim głębokim wydechu. Tak jak gdyby tracił właśnie całą siłe oddychania. Płacz narastał. Mężczyźni powolnymi krokami przesuwali się w dół. Trzymali grybe splecione sznurki. Było ich sześciu. Stali w odstępie kroku od siebie. Na sznurkach spoczywała drewniana trumna w której spoczywała moja Babcia. Oczy mojej Mamy, Dziadka czy jej sióstr pokazywały tylko pustke i bezsilność. Pustke która niczym studnia pochłaniająca wszystkie światło. Łzy płyneły, czas biegł. Ja patrzyłem i przywoływałem chwile kiedy przychodziłem z Babcią na ten cmentarz. Siadała na ławce, a ja patrzyłem jak się modli. Patrzyłem i wiedziałem, że kiedyś odejdzie i chciałem zapamiętać ten moment. Babcia przychodziła często na cmenatrz. Siadała nad grobem i modliła się. W grobie leżał jej syn. Brat mojej Mamy, chłopak który umarł w wieku 30 lat. Nie miał okazji żyć długo. Pamiętam dzień kiedy umarł. Wróciłem ze szkoły , a moja Mama siedziała zalana łzami. Nie rozumiałem co przeżywa, nie rozumiałem z czym się zmieżamy żyjąc. Babcia siedziała zawsze na ławce, patrzyła na zdjęcie syna i modliła się. Ja w ciszy stałem obok, czas nie grał roli, biegałem myślami do wspomnień z wujkiem. Biegałem myślami po niebie i myślałem czy go jeszcze kiedyś spotkam. Czy spotkam też innych którzy umierają. Zastanawiałem się czy będą starzy czy młodzi. Czy będą mnie pamiętać małego czy rozpoznają mnie jako dużego.Nie ma już mojej Babci. Moja Mama w dzień Matki płacze bo tęskni za swoją Mamą. Życie , cierpienie.Każde wesele to zbieranina pijanych życiem nieboszczyków. Każde narodziny to powolna śmierć, tak długo wypierana przez nasze umysły. Ludzie i chwile z nimi, wszystkie te które znikają wraz z echem łez nad grobem.Kiedyś chciałem aby ktoś mnie pamiętał kiedy umre, teraz widze , że to nie ma znaczenia. Tu nie chodzi o mnie. Zabawne , że przeżywamy tak intensywnie , że wydzieramy dusze przez oczy z tęsknoty za innymi istotami. Zabawne, bo przecież to wszystko to chwile, które nie wiedzieć nawet czym są. Pisanie tego bloga jest moją kuracją. wyrzucam swoje myśli i patrze na nie, patrze jak przychodzą, odchodzą. widze siebie tak niedoskonałego, tak bardzo pobugionego i szukającego, i ciesze się, że brne w tym bagnie. 

piątek, 24 maja 2013

a jednak

uświadomiłem sobie dziś, że mam marzenie. normalnie myślę o tym od dawna, ale obawiam się, że nie jest możliwe do spełnienia. i marze, że zanim umre może uda mi się , może marzenie się spełni.

czwartek, 23 maja 2013

cień niczego

myślałem kiedyś, że szybko biegam
na mecie maratonu zrozumiałem, że nie tylko ja
cyfra na papierze i następne już w głowie
na studiach spotkałem szybszych niż ja
pojechałem objechać Korsyke na rowerze, wyczyn
na drodze zobaczyłem ślady innych opon
napisałem wierz i zachwycałem się nim
a potem wgrałem go między miliony innych w sieci
czytałem, myślałem , że się dowiem więcej
wiedza wyjaśniła mi, że nie można wiedzieć
biegłem do niej, ona kochała mnie, tylko mnie
pewnego dnia wyjaśniła mi, że nie tylko mnie
skupiając się na swoim życiu, myślałem, że jest wyjątkowe
kiedy był mój pogrzeb, przyszli nieumarli
oceniałem, czułem że moge, że mam podstawy
aż lustro pękło bo nie mogło pokazać dwuch postaci

środa, 22 maja 2013

patrząc ze wzgórza

wszystko jest takie proste kiedy pamiętam, że nie wiem skąd przyszedłem i nie wiem dokąd zmierzam. wszystko co jest , co było, co będzie nie ma znaczenia. patrząc na życie ze wzgórza śmierci , życie nie ma znaczenia, nie może go mieć.

wtorek, 21 maja 2013

Cztery dni bez planowania


kiedyś wróce do tej chwili wspomnieniami

stałem sobie na drodze w środku lasu. paliło słońce choć to środek maja. obok stało nasze auto. leciał ten kawałek. patrzyłem na koniec drogi , który znikał sam z siebie, bo droga opadała w dół.w oddali kilometrów za drogą wznosiły się wielkie ośnieżone góry. stałem w czrnych spodniach do kickboxingu, butach do biegania , bez koszulki. miałem spięte włosy. obokmnie rosnące drzewa schodziły w przepaść. asfalt nagrzany od słońca. patrzyłem to w niego to w niebieskie niebo. myślałem, o tym że tam jestem, gdzieś w środku wielkiego świata, że gdybym się uniósł wystarczająco wysoko zobaczyłbym wszystkich których znam, że zobaczyłbym wszystko na małej kulce. i że to wszystko zniknie. i że będe tak stał za ileś lat i już tych ludzi nie będzie, że zostane gdzieś tam. że oni zostaną gdzieś sami. że będą umierać szybko albo długi, lekko albo w cierpieniu. że nie wszyscy się pożegnamy. żecoś zrozumiem znowu za późno. że nie powiem wielu ludziom jak wiele zrobili dla mnie. że nie uściskam dłoni ważnych ludzi. i tylko przypomni mi sę ta chwil, ten gorący dzień. kiedy tam stałem i nagle niwwiadomo skąd podszedł do mnie facet i powiedział:
- good time for Johny Cash.
a potem ucieliśmy sobie krótką wymiane zdań o pięknym dniu i znikł równie szybko jak się pojawił.

życie jest piękne, im bardziej się nim zachwycam tym bardziej zaczynam się zastanawiać nad tym jak wielkim jest złudzeniem i jak bardzo wiedza o nim zamienia je w coś co chce utorzsamić z sobą. a ono może być częscią mnie tak jak ja niego. skoro ostatnio przeżyłem tyle pięknych złudnych chwil coś mi się wydaje, że nadchodzą te ciężkie dni. i pewnie się nie myle. za każde oszustwo swojego umysłu trzeba zapłacić. dostane coś mi się wydaje wysoki rachunek :)


Kilka wątków z głowy

Ludzie są niczym liście na drzewie , wielkim rosnącym w wielkim lesie. W zależności od pogody jaka panuje w środowisku i od ich zachowania , można wydedukować na której gałęzi drzewa się znajdują. Przy dużym wietrze, te które się nie telepią powinny znajdować się gdzieś na dolnych partiach, z koleji te które są całe mokre przy małym deszczu powinny być gdzieś na górze. I podobnie jest z ludźmi. Co więcej jedni do oceny samego siebie używają lusterka i przyborów, zdjęć i opini innych, a inni obserwują innych ludźi i dostrzegają siebie niczym w filmie o sobie samych. Piękna sprawa umieć obserwować, siebie, innych, wyciągać wnioski. I pojawiają się te momenty w życiu, kiedy ktoś kogo bardzo długo znamy i szanujemy pokazuje przez małe i niby nie znaczące momenty kim jest, pojawiają się momenty kiedy widzimy w ludziach siebei i odkrywamy jak postąpiliśmy wobec innych.


Strach. Był most między dwoma wyspami. Weszliśmy pod niego. Pod jezdnią na brzegach były metalowe szyny, wszedłem na jedną znich. po tej szyni, pod mostem, można było przejść jakieś 90m i znaleźć się po drugiej stronie mostu. Po drodze, w jednym miejscu było się jakieś 30m nad morzem. Nie było barierek, po drodze było można bez problemu spaść. Wszedłem na tą szyne, podszedłem kilka metrów, kiedy byłem już tak z 6m nad ziemią poczułem to oczucie. Ten lęk. Moje całe ciało spieło się, czułem jak powoli ogarnia mnie paraliż. Dokładnie ten sam kiedy poszedłem dzień wcześniej sam przez las i doszedłem do wielkiego dzikiego wodospadu. Bałem się go, wiedziałem, że krok za daleko i wessało by mnie i rzuciło w miękką wode, która roztrzaskała by mnie na kawałki uderzając o kamienie i zrzucając z kilkudziesięciu metrów po kilka razy. Bałem się, bałem się bliskości śmierci. Była na wyciągnięcie ręki.


Siedziałem na skale i rozmyślałem o śmierci. O tym, że jest to tak ciekawe iż nie moge o tym przestać myśleć, możliwość przkeroczenia tego nic nie znaczącego w kontekście całego świata życia. I zastanawiałem się jak bym ocenił własną śmierć taką która miałaby miejse 10 lat temu, z punktu widzenia dziś, z punktu widzenia tego co przeżyłem. Popatrzyłem i pomyślałem, że nie poznałbym tych wszystkich ludzi i nie przeżyłbym z nimi tych chwil. I to była odpowiedź.


Jechaliśmy przez Notodden, miasteczko na zachód od Oslo. Siedziałem wygodnie w fotelu auta, grała muzyka, byłem z kolegami. Było pięknie. Przez to samo mieasteczko rok temu przchodziłem w środku nocy idąc samotnie w góry. Pomyślałem czym są miejsca. Miejsca się zmieniają, są chwilowymi scenami dla naszych własnych przedstawień, czasem zdarza nam się wrócić na ten sam spektakl, ale okazuje się , że scena jest przebudowana, wygląda nieco inaczej, na spektaklu jestesmy z kimś albo sami. Zupełnie inaczej widzimy scene. Pomyślałem w ilu miejscach byłem sam, ile sam w życiu przezyłem chwil, a ile z ludźmi. Pomyślałem, że pewnego dnia obudze się gdzies pod drzewem, głód będzie mnie ściskał, będe umierał z głodu i wycieńczenia i wtedy pomyślę o wszystkich ludziach , o tych chwilach które razem przeżyliśmy. Pomyślę, o ludziach których nie poznałem, ale których sceny widziałem oczami wyobraźni malowane przez słowa z ich zapisków. Umierając mam nadzieje cierpieć długo i na chwile odlatywać w chwile, które były.


Pomyślałem, że jest 2013 rok , a ja przez tyle lat rozpaczałem po kimś. W pierwszej chwili pożałowałem tego, ale potem zrozumiałem , że ten czas mnie zmieniał. Uśmiechnąłem się bo dziś widze inaczej te same spektakle.

czwartek, 16 maja 2013

Zdjęcia z lasu pod Oslo

Wybraliśmy się z Danielem na mały spacer do lasu pod Oslo. Padał deszcz. Przechodziliśmy przez pole golfowe i rozglądaliśmy się za lecącymi obiektami. Siedzieliśmy pod skałami chowając się przed deszczem. Zjedliśmy pasztet i wysłaliśmy SMSa do Sztangi. Fajny dzień.




wtorek, 14 maja 2013

odpowiedz jest pytaniem

zasypiam o drugiej rano , jeśli mam szczęście.
potem budze sie o siódmej. leże i myśle o tej rozwinietej nitce... którą jak wyobrażam sobie jest ciągłość moich myśli (zdawania sobie sprawy , ze stawiania pytań) przed i po życiu....gdzieś na jej drodze pojawia się życie....ono pewnie - to życie - jest pochodną czegoś co dzieje sie na tej nitce... tak sobie to wyobrażam.....a ta nitka jest splątanym zwojem , a ja  nie jestem pewien czy jest jednorodna ,  czy ma swój początek... czy musi go mieć ? bo nie musi... i tak sobie myślę że to co nazywam świadomoscią wcale  (BOJE SIE TEGO ZDANIA BO MNIE PRZERAZA TO CO KRYJE SIE ZA MOZLIWOSCIZMI TEJ MYSLI)

nie jest w mojej głowie....

no wlasnie wcale nie jest w głowie.... świadomość.... nie wiem czy pytać należy czym jest ale raczej gdzie jest... i tu rodzi sie  moja wizja którą sobie narysowałem myślami w głowie... nie wiem czy ktoś doszedł  do podobnego pomyslu bo cieżko mi jest go przelać w zwizji na słowa a co wiecej zdefiniować go i sprawdzić... ten pomysł , mówi że świadomosć jest światem w którym my żyjemy.... emergencja w czystej postaci... tak właśnie... ja postrzegam świat przez wiedze jaką posiadam... wiedza jest opisem świata w którym żyjemy, istniejemy.... I TO JEST NIESAMOWITA MOŻLIWOŚĆ JEŚLI SIĘ NAD TYM ZASTANOWIĆ.... abstrakcyjna matematyka opisuje i tworzy świat którego zobaczyć ( ba nawet wyobrazić sobie nie umiem)... ale to nie znaczy że go nie ma.... małe dziecko nie wie co widzi.... nie wie nic.... nie ma świadomości tego co doznaje..... czlowiek po 49 roku życia też nie wie czego doświadcza jeśli mało wie.... ja sam wiem niewiele przez co malo doświadczam.... i teraz JEB twarzą w ściane bo oto my mamy umysły , jesteśmy najbardziej skomplikowanymi systemami złożonymi jakie znamy, nasze mózgi zużywaja kilka tysiecy ( albo kilkanascien tysiecy , ale nie pamiętam dokładnie) razy więcej energii niż słońce,  a cała nasza cywilizacja (mózgów) wiecej niż nasza droga mleczna - tak wielkimi systemami złożonymi jesteśmy jako umysły najpierw a potem jako och splątana sieć... jesteśmy takim świecacym punktem  w kosmosie.... świadomością... objawem świadomości.... nasze mózgi złożone z pierwiastków z których żaden sam w sobie nie jest świadomy (chociać to niesłuszne stwierdzenie, bo każdy element wszechświata odbija obraz jego całości, zabieramy jeden element, albo zmieniamy jedną zasade/procedure i całość zostaje zmieniona), budują na podstawie kodu dna strukture która interpretuje świat ( odbija go na sobie) , odczuwa go..... myślę, że my jesteśmy tylko mizernym błyskiem odbijajacego się światła..... nie my istniejemy , my tylko odbijamy być moze światlo..... świadomość.... tak jak nocą kiedy pieszy idzie drogą i z daleka go widać bo świeci....ale to nie on świeci on tylko odbija światło, które rzuca na niego poteżny reflektor auta jadącego z na przeciwka..... i tak właśnie my możemy mieć mikroskopijną możliwość odbijania wszechświata , interpretowania jego możliwości.... możliwości jego istnieina.......bo przecież to nie my istnniejemy.... MY NIE ISTNIEJEMY, MY TYLKO MAMY WRAŻENIA, POJAWIAMY SIĘ BY ZA CHWILE ZNIKNAĆ, ALE TO SŁOWA KTÓRE JA NAPISZE POZOSTANĄ, TO WIEDZA ISTNIEJE, WIEDZA - OPIS ŚWIATA, A JA ZNIKAM, MNIE NIE MA.... i to jest tak ekscytujaca wizja...to jest tak podniecajaca wizja że kiedy ją sobie wydumałem to nie mogłem przestać myśleć o niej.... nadal  nie moge.... siedze tu i jak mała materia koduje kod dna - nieświadomie.... mój umysł operuje na innym poziomie niż jego elementy składowe.... i tak samo wiedza którą budujemy (odkrywamy, postrzegamy własnego błyszczenie - odbijanie czegoś) ona istnieje na innym poziomie... nam nie znanym.... my tylko dotykamy tego w czym istniejemy.... błądzimy niczym małe bakterie pod mikroskopem i usiłujemy coś zrozumieć....a w rzeczywistośsci odbijamy mikro kawałki świata którego częścią sami jesteśmy....


najbardziej niesamowite jest to że ja tu jestem.... że się nad tym zastanawiam.... zanim znikne.... zanim wróce do stanu z którego przyszedłem.... ze stanu spójności z całym znanym nam ośrodkiem w którym się znajdujemy...


poniedziałek, 13 maja 2013

Synecdoche

widzialem wczoraj film. nosil tytul ktory zapomnialem...synecdoche ( http://www.imdb.com/title/tt0383028/ ). bohater filmu chcial stworzyc teatr z zycia. chcial pokazac w sztuce zycie. patrzac na jego zmagania nie moglem sie oprzec wrazeniu ze widze w tym filmie ciagle ukryte przeslanki. trafialy do mnie. bardzo. trafialo do mnie jak rekrutowal nowych aktorow ktorzy mieli odgrywac role ludzi z jego zycia. rekrutowal ludzi ktorzy odbudowywali sceny z zycia , sceny ktore mialy juz miejsce a on chcial to pokazac. i wlasnie piszac teraz slowa uswiadamiam sobie ze ja robie to samo.robilem kiedys zdjecia probujac pokazac co widze, duzo pisze by opisac co czuje, nagrywam ujecia z zycia by kiedys stworzyc z nich film pokazujacy zycie....tylko ze to wszystko jest banka mydlana w ktorej odbijamy wlasne przezycia. kiedy umre historie straca glebie, zdjecia przestana przypominac chwile a filmy stana sie tylko wycinkami.

mialem ostatnio okazje poznac Anie, dziewczyne ktora studiuje matematyke, pochodzi ze slaska. szlismy przez oslo , wchodzilismy na national teather i rozmawialismy o fotografi. powiedziala  o zdjeciach i pamieci czlowieka. wbila mi tym gwozdzia w glowie. zaczalem myslec o tym. obrazy z dziecinstwa, przywoluje je nazawolanie, pamietam wiele pieknych momentow. a nie mialem aparatu.


leżałem w łóżku. nie mogłem zasnąć. była trzecia może czwarta rano. rano do pracy. wyobrażałem sobie że umieram. wypuszczam ostatni dech powietrza.robi się ciemno. zanikają wszystkie zmysły. zanużam się w oceanie. bez grawitacji. nie czuje kierunków. jest ciemno. nie ma nic. wiem tylko , że jestem. pozostają wszystkie wspomnienia chwil z życia. wszystkie. co do jednego. i ja. sam. bez nikogo, bez żadnych możliwości odczuwania innych ludzi. zupełna pustka. brak wyrażenia siebie. krzyk umysłu bez ruchu ust. i wszystkie wspomnienia powracają niczym sny, z ta różnica iż jestem ciągle świadom iż to tylko wspomnienia. nie czuje smutku patrząc na to co było. staje się biernym obserwatorem. jedynie świadomym. pozostaje świadomy i rodzi się pytanie.

czy jestem tu sam ?

wiem, że wszystko to było. ale nie wiem czy śniłem czy może teraz właśnie śnie. nie wiem czy umarłem bo nie umiem złapać poczucia czasu. jest cały czas potwornie ciemno, obrazy są niczym gwiazdy na niebie, które zlewają się co chwile w jakieś obrazy tylko po to by zniknąć gdy pojme czym są, były. tkwie w tym, wszystkie chwile się zlewają, powtarzają. oglądam swoje dzieciństwo pomięszane z chwilą kiedy umierałem, potem widze bliskich ludzi jak zabijają samych siebie tylko po to aby za chwile się urodzić. to co widze jest niczym otwarte pudełko puzli , które po złożeniu powinny dać obraz całego  życia, ale w tej chwili są krótkimi kawałkami dotykającymi się wzajemnie bez żadnego spójnego wzorca. I znowu ciemność i znowu czuje siebie i przychodzi myśl. 

czy życie przypadkiem nie było snem w który zapadłem na chwile ?

bo długo już myśle o tym, że nasze życie jestsnem, że nie może być czymś skoro się skończy za chwile a ja nie robie nic innego jak umieram od samego początku. myślę o samobójstwie, ale nie z lęku przed życiem, nie z poczucia niespełnienia, myśle o nim bo nie moge dac wiary iż to co przeżywam jest istotne. tak jak w moich snach, kiedy śnie, kiedy chce się obudzić ze snu staje na szczycie bduynku i skacze z okna, boje się na poczatku ale potem wszystko staje się jasne. budze się we śnie i wiem, że to sen, że to wszystko było myślą, obrazem mojego umysłu. myśl śmierci jest dla mnie arcy interesująca, czeka nas wszystkich, zazwyczaj bronimy się przed nią. bronimy się uporczywie żyjąc, zyjąc za wszelką cene. budujemy wiedze, budynki, autorytety, tworzymy historie, relacje, wybieramy sobie partnerów na całe życie. ale to wszystko jest tak śmieszne, że aż trudno uwierzyć, że ja sam w tym tkwie i nie widze, że to bzdura :) 

życie ma swój początek i koniec wg nas, potem okaże się , że jest snem który notorycznie powraca kiedy świadomość zastanawia się nad czymś

mam 32 lata, jestem wciąż młodym chłopakiem, biegam , skacze, jestem zdrowy, mam przyjaciół, wspaniałych, lojalnych, mam w życiu wszystko czego pragne, wszystko się spełnia, zawsze to powtarzam. mój Dziadek mam prawie 80 lat, cieszy się życiem, w coś wierzy, ma nadzieje, ma niewiele już. nie wiele może, jest uzależniony od innych. jestesmy na róznych punktach tej samej drogi. Mój dziadek jest niby przy jej koncu a ma dusze młodego człowieka, a ja gdzies bliżej srodka i myślę o smierci zamiast o życiu. 



środa, 8 maja 2013

przeżyłem kilka chwil

Przy tej muzyce to pisałem

Oxygen by Renee Fleming on Grooveshark



Kamienie
wsiadłem do samolotu. wzniósł się. myślałem jak bardzo latanie stało się dla mnie powszednie, a przecież ludzie kiedyś marzyli by wznieść się tam gdzie ptaki. ile szczęścia może mnie mijać jeśli zapominam jak wszystko co jest w koło jest niesamowite. zanim wsiadełm do samolotu pakowałem się długo. moja torba była mała, to tylko bagaż podęczny, niemniej jednak wypełniłem ją rzeczami które były na mojej liście. sporządziłem liste wszystkiego co będzie mi potrzebne, przez całę trzy dni pobytu w Cambridge. firma wysłała mnie na zrobienie przesłuchania z technikami których systemó używamy i pozyskanie od nich kluczowych dla nas informacji. przygotowałem się dokładnie, tak aby każdy pytanie prowadziło mnie do odkrywania krok po pkroku wszystkich tajemnic jakie miałem odkopać. w samolocie nie spałem, wyglądałem przez okno i podziwiałem widoki. anglia zupełnie nie przypomina norwegii z lotu ptaka, to zupełnie inne kompozycje , kształty , inna bajka. kiedy wysiadłem z samolotu lekko się stresowałem, musiałem odnaleźć się w wielkim Londynie. to była niedziela, tuż przed jedenastą rano. pociąg do cambridge chciałem złapać około 18. dzień chciałem wykorzystać na zwiedzenie National History Museum. szedłem pustymi uliczkami, ludzi prawie na nich nie było. gdzies po drodze minąłem piorunująco piękną kobiete. na oko miała 45 lat. szła w sukience , błękitnej w kwiaty. sukienka była za kolana, miała buty na rzemykach. była wyższa odemnie, powiewały jej blond włosy, włosy lekko pokręcone. kiedy przechodziła zrobiłem zdjęcie oczami, zapamiętałem ten moment, była prześliczna. dotarłem do muzeum. byłem głodny więc na początku zjadłem makaron z kanapkami , wypiłem cole i oddałem do szatni bagaż. ruszyłem przed siebie. oglądałem skamieniałości, dynamiczne pokazy tego jak powstają skały i czym są. stałem tam i gapiłem się na jeden kamień, nie mogłem nacieszyc oczu, nie mogłem przestać myśleć iż ten kamień jest żywym dowodem na to iż nasze życie jest niczym :) czułem jak mijajli mnie ludzie, przechodzili, przychodzili a ja stałem i się gapiłem. szedłem przez kolejne sale, oglądałem kolejne eksponaty. diznozaury, zapiski histori z pzed jakichś milionów lat. uśmiechałem się sam do siebie. miliony lat. a ja mam już siwe włosy, zamieniam się w kawałek kamienia powoli :) po drodze trafiałem do kolejnych wielkich sal, były tam przeróżne eksponaty, ludzkie organy, zwierzęta, meteory, owady , rośłiny. taki jeden budynek gdzie nazbierano farby którymi świat jest namalowany. to niesamowite, że mam okazje w tym uczestniczyć i to oglądać.


Za późno
Po pracy wracałem do hotelu. Brałem prysznic. Zakładałęm pantofle, swetr , kurtke i ruszałem podziwiać Cambridge. Z hotelu miałem jakieś 3km do centrum, na początku moja droga powadziła ciemną i dziką ścieżką gdzieś pomiędzy lotniskiem a jeziorem. Kiedy wracałem nią nocą nie było o miejsce godne polecenia, raczej przypominało jedno z tych w których lepiej nocą się nie znajdować. Długa prosta ścieżka z ciemnymi drzewami, latarnie i po dwuch stronach wysoka siatka zakończona drutami kolczastymi. W Cambridge było pięknie. Stare budowle nadawały mojemu wieczorowi smaku jakichś minionych czasów. Szedłem uliczkami zupełnie przypadkowo, nie wiedziałęm gdzie do końca ide. Wszędzie były rowery. Młodzi ludzie, biegający, inni z walizakmi wracający po weekendzie. Knajpki a w nich sami młodzi ludzie. Oglądałęm budynki uniwersyteckie. Patrzyłem na to i żałowałem, że ja wiedziałem czego chce kiedy byłem młody. Poczułem się źle, kiedy pomyślałem jaki poziom myślenia miałem kiedy miałem 20 lat. Nie wiedziałem nic, nie wiedziałem jak wybrać, nie wiedziałem co moge zrobić ze swoim życiem. Szedłem i patrzyłem na kampusy i myślałem sobie, że mineło mnie to w życiu i już nie wróci. Za późno.


Wschód słońca
Będąc w Danie na wycieczce rowerowej , która w końcu zrobiłem :) miałem okazje nie trafić w pięną pogode. Ania spała jeszcze w namiocie kiedy ja o 4:30 budziłem się bez zegarka, bardzo zabawne bo ja normalnie nie umiem się obudzić za skarby, a w tedy po prostu chciałem coś zobaczyć wschód słońca. Odwinąłem śpiwór i wyszedłem z namiotu, była cały zamarznięty, było jakieś -5. Zimno , zimno zimno. Pozbierałem się, ubrałem, poszedłem do kuchni na kampingu. Odpaliłem maszynke i zacząłem gotować ciepłe jedzenie. Mój gps mówił , że mam 4 minuty do wschodu słońca , popatrzyłem na morze a ono miało pomaańczowy kolor tam gdzie stykało się z granatowym niebem. Mieszałem jedzenie i co chwile patrzyłem przez okno, do plaży miałem jakieś 400m, miałem nadzieje zagotować wode, zalać jedzenie i iść na plaże, ale nie zdążyłęm. wyjżałem za okno a na horyzoncie paliło się coś małego, to było niesamowity widok. palił się ogień, ogień słońca i stawał się więszy i większy, unosił się nad morze i sprawiałe , że nie dało się patrzeć przed siebie. widok jakiego wcześniej nie wiedziałem, na niebie ani chmurki, wiatr stał, a żażąca się kula unosiła się powoli w góre.

Trzy kobiety
Wszedłem na impreze. Byłem już dobrze wypity. Przywitałem się. Bawiłem się ze znajomymi całą noc. Rano kiedy sie podniosłem wciąż byłem pijany. Smutne. Poszliśmy na spacer. Ja moim znajomi i trzy dziewczyny z Polski , które przyleciały pozwiedzać Oslo. Miały po 20 lat. Zmieniły moje zdanie na temat 20 latek. Dziewczyny miały coś do powiedzenia, nie były głupimi słodkimi lasiami, które piją i się drą, ale były niczym kobiety w ciałach młodych dziewcząt. Zachwyciły mnie sobą, tym że pytały, że chciały coś się dowiedzieć, że były ciekawe świata. Wspaniałe.

Obozy zagłady
Znowu bawiłem się ogniem. Znowu poparzyłem się. Miało być jak nigdy a wyszło jak zawsze. Ogarnął mnie smutek - a tak na poważnie to ogarneła mnie głupia nadzieja i zapomniałem czym jest życie. Zapomniałem, że miłość jest tytworem umysłu i istnieje zawsze kiedy chcemy, i nie musimy czekać , aż nas ktoś pokocha ale możemy kochać życie. Poszukałem zdjęć z obozów zagłady, oglądałem jakieś straszne ujęcia i rozmyślałem nad tym jak łatwo mi się żyje.