środa, 13 marca 2013

sztuczna inteligencja

nie pamiętam czy już o tym pisałem czy nie, ale mam taki pomysł, że znajdziemy stworzymy sztuczną inteligencje kiedy uświadomimy sobie, że sami nią jesteśmy.

wszechświat istnieje w naszym umyśle

Trafiłem na ciekawą myśl która mówi, że wszechświat istnieje w naszym umyśle, a nie my we wszechświecie. Pomysł na początku wydaje się - no właśnie jaki ? Każdy widzi to co potrafi zobaczyć. Zacząłem się nad tym zastanawiać i łamigłówka wcale nie jest taka oczywista.


Patrze na swoje dłonie. Widze dłonie. Ale tam nie ma żadnych dłoni :) Ja widze dłonie, bo to co widze nosi nazwe dłoni, zjawisko które widze. Moje dłonie nie są żadną rzeczą, one są materią w ciągłym ruchu, ciągle się zmieniająca. Wyglądają tak jak widzi je mój umysł. W skali jakiej widze, w czasie jakim reaguje widzę obiekty , które nosza nazwe dłoni. Wiadome jest, że moje dłonie są praktycznie przeźroczyste przy odpowiednim powiększeniu. I na tym małym poziomie gdzie poruszają się elektrony nie ma żadnego kształtu dłoni, tam nie istnieje nic z tego co ja widze. To jak wtedy kiedy leci się samolotem. Widzi się ziemie pod nami, nie widać ludzi, nie widać domów, widać jakąś powierzchnie. Z kosmosu można by zobaczyć wogóle samą ziemie. Tam z góry widać kule ziemską, która tutaj z naszego punktu widzenia nie istnieje, bo nie potrafimy jej zaobserwować. Widzimy jedynie jej kawałek, ten na którym się zanjdujemy. Moje dłonie istnieją tylko dla pewnego obserwatora takiego jak ja, w odpowiedniej skali , odczuwającego tak a nie inaczej czas.

Nie potrafie jeszcze zrozumieć problemu czasu w tym zamyśle, że moglibyśmy postrzegać szybciej lub wolniej. Domyślam się , że to wynika z możliwości jakie daje nam fizyka naszego wszechświata i chemia naszych mózgów. Nasze neurony przewodzą impulsy z jakąś prędkością, na jakieś odległości. Co by było gdyby ich prędkość była inna. Gdybyśmy mogli rozróżniać więcej niż 60 klatek na sekunde ? Gdybyśmy mogli szybciej myśleć, wyciągać wnioski ? Czy gdyby butelka ze stołu spadała sekunde a ja bym to odczuwał niczym minute teraz ? Tzn że byłbym w stanie wykonać tyle operacji myślowych ile wykonuje teraz w minute , czy wtedy miałby odczucie, że czas płynie wolniej ? Co jest punktem odniesienia dla czasu tak naprawde ? Czy gdybym zamknął się w odizolowanym miejscu , przestał myśleć albo myślał bardzo dużo czy po 3 dniach samotności miałbym wrażenie , że mineła godzina czy miesiąc ? Oto jest pytanie, które może dać poczucie jak to kiedy czasem się zamyśle i mam wrażenie , że mineła cała wieczność a to była minuta.


Tak więc moje dłonie nie istnieją, albo istnieją w odpowiednich warunkach. Ktoś oddalony o milion kilometrów nie zobaczy nawet kontynentu na którym jestem nie mówiąc o dłoniach. Ja nie zobacze atomów swoich dłoni. Świat w którym istnieje istnieje na moim poziomie postrzegania go.

Gdyby wszechświat był weilkim mózgiem to myślałby bardzo powoli, jeden impuls myślowy trwałby miliony lat. I nikt tam na górze nie zdawałby sobie sprawy z tego że tu na dole jest jakaś świadomość, bo złożonośc tej świadomości której byśmy byli elementami byłaby tak wielka jak porównanie naszej świadomości, ze świadomością najmenijszej żywej komórki.


W to mógłbym uwierzyć.


Skoro więc tworzymy wszechświat w umyśle, a dokładnie obraz tego co postrzegamy zmysłami, głównie zmysłem wzroku to nie wiele widzimy tego świata :) Wiadomo, że jesteśmy w środku nie wiadomo czego , bo nie wiadomo czym jest wszechświat. Spekulujemy na temat tego co jest poniżej najmniejszej skali jaką znamy i na koniec nie wiemy czym sami jesteśmy :) I wszyscy kurwa w koło są pewni, że wiedzą co robią w życiu i po co ono jest :) ja pierdole ! i jeszcze kurwa jakiegoś boga wymyślają jak by to wszystko było za mało skomplikowane!

A ja się kiedyś przyglądałem ludziom, którzy sami do siebie mówili i cieszyli się do podłogi. Spadający liść może być powodem do rozmyślań na całe życie , jeśli w liściu nie widzi się liścia!


poniedziałek, 11 marca 2013

jeden moment

szedłem ulicą. to była sobota. słoneczny dzień. centrum oslo, boczna uliczka. mało ludzi. na chodniku przedemną stał mężczyzna i czytał coś w telefonie, uśmiechał się, tak się uśmiechał że ja się sam uśmiechnąłem mijając go. i przez sukund kilka szedłem z tym uśmiechem aż zobaczyłem , że mijam mężczyzne na chodniku, który spojrzał na mnie, i sam się szczerze serdecznie uśmiechnął. 

piątek, 8 marca 2013

depresja i samobójstwo

wstaje rano. na wieszaku wiszą białe koszule. wybieram przypadkową tylko od poniedziałku do środy. w czwartek zdejmuje ostatnią. mam tylko cztery. w piątek zakładam białą koszulke z bruce lee. zakładam pantofle, kurtke i udaje się do pracy. w pracy spędzam 7-19h, wracam do domu, tam przez chwile głęboko oddycham, potem w zależności od dnia, albo oglądam wykłady albo czytam książki, albo mieszam jedno i drugie. kiedy mam dobre dni moge się dużo nauczyć, kiedy mam gorsze ide wcześniej spać. są też złe dni, złe dni to te kiedy zapominam się i pozwalam sobie wracać do wspomnień, wtedy jest tragedia i potrafie długo czuć się potwornie, wtedy nie da się nic nauczyć. generalnie nuda, nic się nie dzieje.

izoluje się od ludzi, bo stwierdziłem, że mój umysł został nafaszerowany ich pragnieniami i myślami, które nie sa moje. ja wcale nie mam ochoty zastanawiać się nad tym o czym marzą inni bo większość ludzi sama nie wie o czym marzy, marzy bo marzy bez świadomości , że to też nie jest ich. więc zaszywam się w samotni , otwieram książki i z przyjemnościa czytam o ludziach, którzy mieli coś do powiedzenia za życia. nikt nie dzwoni. pozostaje sam ze sobą i przyznać muszę, że odnosze z tego powodu wielką przyjemność. zaczynam się uspakająć, nikt mnie nie pyta dlaczego nie robie tego czy tamtego, nikt mnie nie pyta dlaczego nie robie tego co on bo to jest przecież zajebiste.

doświadczyłm ostatnio czegoś bardzo ciekawego. zauważyłem, że zacząłem kontrolować swoje stany. tzn staje się w środku jak gdyby obserwatorem siebei samego kiedy doświadczam życia. przyglądam się lękom i radościom zamiast ich doświadczać. wdarł się we mnie spokój. wdarło się we mnie coś co nadaje mi siły by wstawać kiedy normalnie bym spał, odmawiać kiedy zazwyczaj się godze, studzić siebie kiedy się podpalam i ogrzewać kiedy gasne. wydaje mi się, że zaczynać czuć absurd , życie. mam nadzieje, że pozostane z tą świadomością bo pomaga mi , pomaga mi to wyjść ze stanów w których czuje sie potwornie. i udaje mi się to zrobić samemu , w krótkim czasie.

myślałem ostatnio o tym czy nie warto się zabić i wyjść z tego świata. przecież wszyscy tkwią, nikt nie wie po co nawet, wyszukujemy sobie jakichś celów, wmawiamy sobie , że to wszystko ma sens. tych co się zabijają albo chcą uznajemy za wariatów bo przecież podważają wartość czegoś co dla nas najcenniejsze, życia. a przecież być może tak, że to życie jest pułapką. nie mówie aby popłeniać samobójstwo, ale myślę , że można przeczytać wszystkie książki i nie zrozumieć jednego słowa mnicha który całe życie spędził na medytacji i dla którego jedno słowo opisuje wszystko, a my używamy ich miliony i sami siebie nie potrafimy wyrazić ani zrozumieć.


a u mnie za oknem nuda

naczytałem się ostatnio tak, że obraz mi się rozmywa w oczach. patrze na widelec i widze jak wielką i małą jednocześnie konstrukcją jest. zdaje sobie sprawy z wielkości poznanego wszechświata i z faktu że stan cząstek z których zbudowany jest widelec możemy określić jedynie z prawdopodobieństwem.

zwykłe spojrzenie na kartke papieru i przeczytanie z niej treści. niby nic. ale kiedy mam świadomość jej budowy atomowej, kiedy mam świadomość czym jest masa atomowa, kiedy patrze na proces widzenia jak na przetwarzanie informacji przesyłanych przez wędrujące światło , które odbite od papieru przyleciało do mnie z żarówki , kiedy uświadamiam sobie ilość elementów jakie wchodzą w skład prostego zjawiska i ilość elementów które je tworzą to moja usta się otwierają.

złożoność świata , jego ogrom, jego możliwości i próba pojęcia jest czymś nieopisanym. jest moją marchewką. wciąż.


biegałem długo, bardzo długo. szukałem siebie, stawiałem sobie coraz to nowe wyzwania, chciałem biegać, czuć to , czuć że biegam. czułem się biegaczem, ale za chuja nie wiem co to znaczy tak naprawde.

od ponad dziesięciu lat programuje zawodowo. mam mase kolegów którzy każdą wolną chwile poświęcają na programowanie, którzy na widok najmniejszego niedociągnięcia w swoim kodzie dostają drgawek i chcą być kurwa najlepsi z najlepszych. ale za chuja nimi nie będą.

znam ludzi którzy od dziecka chcą mieć pieniądze. robią w życiu wszystko aby je zdobyć, oddają zdrowie, marzenia i co się jeszcze da aby zdobyc ten hajs. i nigdy go nie mieli nie mają i nie będą mieli. za chuja.

a ja ? a ja też miałem takie myśli w głowie, że jestem "biegaczem", że jestem "programistą", że jestem "fotografem", że jestem "ukochanym" swojej kobiety. i co ? nigdy nikim nie byłem, jedyne kim byłem a pewnie nadal jestem to stanem umysłu który dał się nabrać na marchewke.

powiesz mi, że tworzymy świat i się rozwijamy ? że kreujemy rzeczywistość ? owszem , zapominając o tym, że to wszystko jest tworem naszego umysłu tego jak postrzegamy świat.

czujesz się samotny ? to wstąp do jakiejś sekty. jak długo się będziesz spinać to zostaniesz architektem albo prawnikiem, i stworzysz coś z dupy , ale członkowie Twojej grupy stwierdzą, że jesteś mistrzem, bo tak. nikt niczego nie uzasadni bo na tym świecie niczego nie można uzasadnić. nawet nasza matematyka opisu tylko świat w ktorym my istnijemy a nie opisuje światów które potencjalnie mogą istnieć i w których panować mogą inne prawa.


czy to nie zabawne, że za 1000 lat garstaka ludzi będzie się przebierać w stroje które dziś obowiązują i będa urządzać sobie zjazdy i paradować niczym dziś ludzie pod grunwaldem ?

czy to nie zabawne, że ktos kiedyś przebiegł 42km i dziś pół świata biega jak on ?

czy to nie zabawne, że ktoś mówi, że zdobył góre i że poświęcił życie na alipinizm bo to kochał ?

wszystko jest niekontrolowanym umysłem.

sam jestem zagubiony w tym świecie. tyle razy już dałem się wciągnąć w tą grę. w gre emocji i marzenia o tworzeniu świata. ile trzeba książek przeczytać, ilu ludzi posłuchać aby zrozumieć, że to życie jest niczym. że żyjemy jedynie w marnym świecie.


piątek, 1 marca 2013

Jonty Hurwitz - coż za rzeźba


Jak to zobaczyłem to pomyślałem o umyśle. O tym, że odbijamy sami siebie. Że próbujemy poznać świat którego częścią jesteśmy. To jest niesamowicie inspirująca rzeźba. 

Potem trafiłem na strone autora, gdzie jest opis:

Yoda and the Anamorph
2008 | Resin, powder and chrome
2013 | Prints by Niina Keks and Otto Pierrotti 

Winner of the Maidstone Museum Bentliff Prize, People's Choice Award.
Satori is a Japanese Buddhist term for "Enlightenment". Buddhist teachings explain that our perceptions of reality are built on the foundation of ego. In essence, the greatest obstacle to enlightenment is the self. The self is a worldly illusion created by desires and needs. The self, is a construction built on social conventions and personal history. Satori is consciousness free of ego and it depends on complete identification with the not-self.

Yoda and the Anamorph uses the precise language of mathematics to encapsulate the deeply complex and temporal not-self.
Yoda and the Anamorph is also a religious Jedi piece. It took over 1 billion calculations to produce this sculpture and in hindsight it would probably have been easier to go straight for Buddhist enlightenment."Looking? Found someone you have, eh?" Yoda, Star Wars.

- See more at: http://www.jontyhurwitz.com/yoda-and-the-anamorph#sthash.2pKWmRqH.dpuf


Cóż więcej moge dodać. 



Tutaj link : http://www.jontyhurwitz.com/yoda-and-the-anamorph

Successful experience upgrading to firmware version "no more cocaine"


czyli może być tak, że mój organizm nie produkuje jakiejś pieprzonej kokainy i dlatego moje życie jest smutne. to miałoby sens. osobniki chore nie są mile widziane w stadzie tak jak to jest w moim przypadku.

a teraz jeden z możliwych scenariuszy.
zostałem źle zaprogramowany na początku. masa wadliwego oprogramowania, masa sprzecznego oprogramowania została mi załadowana do głowy. od paczątku nie pasowałem do żadnej grupy społecznej. odtrącano mnie wszędzie. tylko nie liczne jendostki mnie akceptowały i z nimi mogłem wchodzić w bardzo głębokie i silne interakcje. kiedy zdałem sobie sprawe że jest wadliwy zacząłem weryfikować sam swoje oprogramowanie. przepisałem mase kodu we własnej głowie. cała historia znajduje się w archiwum do którego mam dostęp w każdej chwili. sięgam tam czasem , a kiedy sięgam to cały system zaczyna szwankować.

jakie wnioski moge z tego wyciągnąć ? byłem w piekle bo tak moge nazwać życie w którym jest się nieświadomym swoich poczynań, kiedy nie zna się swoich prawdziwych pragnień i wykonuje rozkazy z głowy, z źle zaprogramowanej głowy.
będąc w tym piekle pragnień i namiętności wstrzykiwałem sobie potężne dawki kokainy czy innego gówna które sprawiało , że świat wydawał się kurewsko piękny. byłem z fantastyczną kobietą, wszystko było fantastyczne. NIE BYŁO :) ja miałem realizowałem błędny kod, popełniałem te same błędy, tkwiłem w sidłach kokainy. nie ma kokainy nie ma szczęścia. kiedy odeszła, odeszła też kokaina :) więc jak kurwa mógłbym być bez niej szczęśliwy ? bez dziewczyny która była moim lustrzanym odbiciem ? nic nie straciłem kiedy odeszła, bo nigdy nic nie miałem. tylko zyskałem jak powiedział Daro. sięgam do logów i co widze ? ano widze, że od tamtego czasu mój system moje życie zaczeło wychodzić z podziemia niewiedzy.  myślenie i analizowanie stało się moim powietrzem. dlaczego słysze od ludzi abym tyle nie analizował i się nie zastanawiał ? Mówią , że życia nie zaplanuje, owszem. Ale myślać i analizując zmniejsze ryzyko wstrzyknięcia sobie znowu kokainy.

umiar w jedzeniu, umiar w spaniu, umiar w radościach, brak umiaru w myśleniu i ciągła świadomość istnienia!



Successful experience upgrading to firmware version "no more cocaine"

czerwona lampka

Jak tworzy się coś od początku to małe błędy na początku przynoszą katastrofalne konsekwencje na końcu. Tak przynajmniej wynika z mojego doświadczenia i dlatego teraz dbam o każdy mały detal jeśli nad czymś się skupiam. Zastanawiam się jak to jest z moją głową w tym przypadku. Na samym poczatku mojego istnienia została nafeszerowana skrajnościami. Miłościa i przemocą, troską i obojętnością. Podniesiony głos wywołuje we mnie bardzo złe skojarzenia, tak jak przemoc, wręcz mnie paraliżując. Wiele spraw mnie paraliżuje do dziś, bardzo wiele. Wydaje mi się, że umysł to taki organ na którym wydarzenia życia rzeźbią jego zdolności. Odczuwam coś, nie wiem czy dużo czy mało, bo nie umiem tego porównać, ale odczuwam. Wyraźnie dostrzegam co mnie boli a co sprawia że chce żyć. Każde małe wydarzenie budowało jak mi się wydaje zdolność do odczuwania tego. Ostatnimi czasy dostrzegam jak silny wpływ na to jak się czuje ma mój umysł.

Niezrozumiane.
Jest wiele spraw które ciągną się w moim życiu jako niezrozumiane. Wydażyły się kiedyś, ale do dziś dnia nie sa dla mnie zrozumiałe. Nie rozumiem np jak można kogoś kochać a chwile potem nienawidzić. Nie rozumiem tych wielu spraw, tej przeszłości która była. Na codzień o niej nie myśle, nie przypominam sobie, zapomniałem. Są jednak czynniki zewnętrzne, takie triggery , które pojawiają się z nikąd albo sam je tworze i ukatywniają wspomnienia w moim umyśle. No i wtedy jest rzeźnia. Ze stanu psychicznego z którego jest bardzo zadowolony wpadam w obszar który mnie niszczył przez lata. To jest potworne musze przyznać, bo to zabija całkowitą zdolność do racjonalnego życia. Wpadam w kołowrót emocji które mnei szarpią w środku i przywołują myśli które napędzają to jeszcze bardziej. Jedyny ratunek jaki wtedy pozostaje to pamiętać że to ja decyduje o tym jak się czuje. Próbuje wtedy przejąć kontrole nad tymi myślami i czasem mi się udaje, a czasem nie. Kiedy musze długo walczyć to kosztuje mnie bardzo wiele. Koszta są czymś w rodzaju utraty ochoty do życia. Po prostu odechciewa się wszystkiego. 

Pod dywan. 
Chowam te porblemy w głębi siebie, gdzieś daleko. Bardzo głęboko. Być może jakiś uczony psycholog albo ktoś jeszcze z inną etykietą powiedziałby, że nie należy tak robić , że nalezy to zrozumiec i się z tym uporać. Może i pewni szczęściarze mogą się uporać, mnie się to nie udało. Chowam te swoje emocje gdzieś głęboko. Pisze w głowie oprogramowanie oparte na warunkach. Jeśli któryś z detektorów wykryje słowo "kasia" to kod wyrzuca informacje iż za chwile może zostać wykonana procedura autodestrukcji i moje spojżenie na świat zostanie zaburzone przez błędnie wgrany kod. Odłączam się zatem i nie daje tym myślom dostępu. Zrobiłem już tak z alkoholem, wiem jak wygląda kac, wiem dlaczego po alkoholu jest tak zabawnie , bo mózg nie myśli. po alkoholu nie ma żadnego fajniejszego świata, jest tylko brak myślenia , to wszystko. Nie pije bo nie chce sie oszukiwać. Nie chce się oszukiwać, że jest dobrze, życie jest smutne, emocje mogą zmienić je na piękne, tak jak alkohol.