poniedziałek, 4 listopada 2013

Gotowałem krewetki z kalafiorem w curry i nie wyszły mi

Gotowałem krewetki z kalafiorem w curry. Wyszło jakieś paskudztwo. Zjadłem, cóż zrobić. Siadłem potem i zastanawiałem się nad tym gotowaniem....

Od kilku miesięcy nie czytam żadnych wiadomości ze świata. W internecie sięgam jedynie do źródeł wiedzy która mnie interesuje. Nie mam zielonego pojęcia co się dzieje w koło. Odciąłem się w jakiś sposób. przyglądam się temu i dostrzegam , że dało mi to większy spokój w środku, nie biegam myślami po tematach , które przypadkiem dostawały się do mojego umysłu. Nie rozmyślam o sprawach , które mnie nie interesują. Zbudowałem sobie pewną próżnie , która dzieli mnie od tego co się tam dzieje w koło. To samo zauważam w kontaktach z ludźmi teraz. Spotykam się z różnymi i Ci różni ludzie przekazują mi różne treści. Pozytywne , negatywne, inspirujące bądź nie. I tak obserwuje po co mi te relacje. I patrze na te wszystkie relacje jak na te wiadomości ze świata i pytam sie sam siebie - a co mnie to wszystko obchodzi ? Co gdyby odciąć się od ludzi całkowicie na jakiś czas i pozostać samemu ze sobą. Bo jeśli nie wiem nic o świecie co się w nim tam dzieje, to z dystansu widze czy lepiej jest wiedzieć to wszystko czy nie wiedzieć. Nigdy nie spróbowałem żyć bez ludzi w takiej totalnej samotni, aby zobaczyć w jaki sposób inni wpływają na to jak myśle.

Podobnie jest z ideami. Dla mnie Bóg nie istnieje, jest jakąś pozostałością z mojej przeszłości. Nie mam potrzeby interesować się ideą Boga. Czasem gdzies przewinie się niestety w moich myślach jako możliwość, ale tak naprawde gdybym zdystansował się do tej Ideii Boga i odłączył się od niej całkowicie w sensie nawet nie poruszał tej myśli to mój umysł będąc całkowicie od niej wolny rozpatrywałby wszystko nieco inaczej. To tak jak zupa, niby wszystko w niej jest i smakuje podobno idealnie, ale gdybyśmy nie dali do niej soli już by była inna, pomimo, że tej soli tam nie widać bo jest rozpuszczona miedzy wszystkimi skladnikami. Co gdyby pozbierac te wszystkie idee, które mi nie odpowiadają, które mi nie leżą i zbudować procedure do ich nadpisywania, niszczenia. Zapomnieć się nie da, ale da się degradować, niszczyć przez falsyfikacje wartości. Tyle ideii w głowie, które mogą być solą, kiedy zupa nie musi być wcale smaczna aby była wartościowa, dokładnie jak moje niesmaczne krewetki.

piątek, 1 listopada 2013

W drodze na pociąg

Sroga zima. Śnieg sypie w twarz. Środek warszawy. Plac zbawiciela. Biegne w kierunku centrum, mijam kościół. Zerkam na niego tylko kątem oka, przypominam sobie ostatnią moją spowiedź w 2002 roku. Biegne dalej. Ślizgam się na chodniku, mijam ludzi. Ci z daleka się rozchodzą. Pędze co sił. Mijam wystawy sklepowe. Patrze na zegar, 21:16. Mam 14minut do pociągu. Musze zdążyć. Musze dobiec. Przebiegam czerwone światło, słysze klakson. Udaje mi się przebiec nie potrąconym. W głowie roją mi się myśli, co zrobie jeśli nie zdaże. Przecież musze zdążyć. Mój pociąg jedzie do Chełma. Tam wszyscy na mnie czekają. Odbierze mnie mój brat z dziećmi. W domu pewnie będą rodzicie, siostra z rodziną , dziadkowie. Musze zdążyć. Po tylu latach, po tylu przemyśleniach wiem już, że ludzie są najważniejsi. Że reszta jest nic nie ważna. Pędze co sił w nogach. Oni pewnie już tam ucztują razem. Cieszą się sobą. Śmieją się i rozmawiają. Dobiegam do dworca. Jest mój pociąg. Dobiegam resztkami sił i wsiadam. Zdążyłem. Ide na przód pociągu w kierunku konduktora. Musze kupić bilet. Zbliżam się do niego. Widze go przez szybe w sąsiednim wagonie. Ten macha rękami. Patrzy na mnie i rusza ustami. Pociąg stuka. Konduktor idzie w moją strone. Patrzy dziwnie. Ja się zatrzymuje. Otwiera pierwsze drzwi. Słychac już jak krzyczy. Patrze na niego i nie wydaje mi się abym go znał. Nie da się jeszcze zrozumieć co on mówi, ale widać , że coś głośno mówi. Otwiera drugie drzwi....
- Panie ! Ile razy mam Pana wyrzucać z tego pociągu! Znowu nie masz Pan biletu i chcesz Pan jechać.
- Ale ja do Chełma jade. Do rodziny!
- Panie Pan jedziesz do nich co kilka dnia, a ja tłumaczyłem Panu, że linie do Chełma zamknięto siedem lat temu. Pan masz z 80 lat, Pana rodzice już pewnie nie żyją! Wracaj Pan do schroniska! 

bez decyzji

zgubiłem się gdzieś w drodze.
mam rozświetlające wszystko myśli
ale zapomniałem gdzie szedłem
i tak stoje
nasłuchuje echa siebie
ale nic się nie odbija, a tak krzyczałem
to czym jestem chce eksplodować
potłuczone myśli w głowie nie tworzą już wzoru
a ja nie mam nawet oparcia dla nich
tylko ciągle spadam
w beznadziejność, którą gasze myśleniem
bez decyzji , bez nadzieji na choćby jedną decyzje


środa, 2 października 2013

oczekiwać nieoczekiwanego

czytałem pamiętnik Czistakova. urwał się pewnego dnia. facet zginał. a oczekiwał powrotu do wolności. i tak sobie myśle, że jedyne czego można oczekiwać to nieoczekiwanego.
Angel by Sarah Maclachlan on Grooveshark
to jest napad !

zostało pięć minut do pociągu i już wiesz, że nigdy więcej jej nie spotkasz.

wyciągam ręke i wyrywam siwy długi włos z mojej głowy. oto on dowód na co ? że stary jestem czy może docieram do punktu swojego życia w którym zadam sobie pytanie bombe ? pytanie, które wysadzi w powietrze wszystkie konstrukcje myślowe i sprawi że wszystko straci moc ?

stoje wobec nicości. jednej wielkiej pustki. i to nie ja nawet bo nie wiem kim jestem. odrzucam wszelką identyfikacje siebie. moge śmiało powiedzieć, że nie jestem świadom czym jestem bo wiem że kimś napewno nie jestem, jestem nikim. wiem, że wszystko się skończy, że płyta z muzyką dobiegnie końca, że pewnego dnia obudze się i nie będe mógł zadzwonić do ojca. może to on do mnie nie będzie mógł. i po co to wszystko ?

siedze tu i słysze bicie zegara, który odmierza czas do śmierci, śmierci wszystkiego co kocham. jak ja mam żyć ze świadomością , że to wszystko zniknie ? że nie zostanie nawet jedno wspomnienie po tym wszystkim co przeżywamy. nie ma żadnej odpowiedzi, żadnej. gdzie nie zerkne w przeszłość w myśli ludzi to albo pojawiają się te same pytania, albo obłudne schody do pałacu radości. ale jak sie cieszyć skoro zegar bije.

siedzisz na dworcu. przytulasz kobiete. zostało pięć minut do pociągu i już wiesz, że nigdy więcej jej nie spotkasz. ona wsiadzie i odjedzie.  nigdy więcej. czujesz do niej to wszystko co można czuć do kobiety. chciałbyś być z nią na zawsze, ale wiesz , że jej pociąg nadjedzie za chwile, ona wsiądzie , drzwi się zamkną i ona odjedzie. za Wami kilka dni które nazywasz życiem, najbliższe kilka minut to czas kiedy uświadamiasz sobie czym jest życie. patrzysz na zegar czy na nią? to nie ma znaczenia, bo ona zniknie, wsiadzie do pociągu i nigdy już jej nie zobaczysz. pociąg odjedzie. wrócisz do pustego życia w którym jej osobe zastąpi postać rozświetlana przez ból który przelatuje przez wydarty kawałek ciebie. i to właśnie jest życie. siedzisz na stacji, masz w ramionach wszystko i wiesz że za chwile przyjedzie pociąg. patrzysz na nią czy na zegar ? czy nie lepiej byłoby nie poznać jej nigdy i nie czuć cierpienia pustki ? czy nie lepiej zabić się i nie czekać dnia powrotu do pustego życia ? ten spektakl życia kończy się w jeden smutny sposób. kiedy kogoś poznajesz to jedno jest pewne, że jedno z Was pochowa drugie. nic więcej. wszystko , największe miłoście zakończą się tropikalnym płaczem. i ja właśnie siedze na tym dworcu. trzymam w ramionach swoje życie. patrze pod nogi i myślę aby je puścić nim przyjedzie pociąg i zabierze mi je. a może należy rzucić się pod pociąg ? no ale wtedy to wszyscy utknął w tym pociągu śmierci na długo zanim ten odjedzie. i tak będą przeżywać śmierć stojąc na tej stacji. to smutne. to mnoży tylko cierpienie.

stoje wonec pytania o sens życia. tylko, że ja tu stoje ciągle. to nie jest problem. to jest pytanie. a ja po prostu nie umiem przestać myśleć o tym , że nie wiem czym jest życie, że to istnienie i zakończenie jest bez sensu. to nie ma sensu żebym ja to wszystko przeżywał kiedy wiem że zakończenie jest banalną śmiercią. to nie ma sensu. nie moge się pogodzić z brakiem sensu.

nie moge się pogodzić z faktem, że mam się pewnego dnia pożegnać z rodzicami, z rodzeństwem, z moim dziadkiem, z moją rodziną, z moimi przyjaciółmi i po prostu zniknać. pustka jest banalna, a radość mojej Mamy cudowna. nie może rządzić pustka ponad cudem. co pominąłem ? których słów nie zrozumiałem ?

Mam ochote się zabić, mam ochote pójść tam cokolwiek to jest i zobaczyć ten cały pomysł tego świata. Stanąć przed kreatorem i zaburzyć kształt jego bytu, zapytać go czy wie co to znaczy stawiać sobie pytanie na które nie można znaleźć odpowiedzi na temat życia.


Czy może pozostaje tylko puścić się brzegu i płynąć ? Nie zadawać pytań ? Cieszyć się życiem, a na koniec uśmiechnąć się do młodych ?  Nie umiem tak. Taki żywot to zabawa na placu zabawach wg zasad pani przedszkolanki, ja chce wiedzieć gdzie mieszka ten kto pozwolił przedszkolance na to by ta mówiła mi co mam robić.

czwartek, 15 sierpnia 2013

jeszcze jesteś.

zastanawiam się jak będzie wyglądał dzień kiedy umrze ktoś mi bliski, ktoś jak np mój dziadek. umarło już kilka osób ważnych dla mnie. po latach dochodziłem do wniosku , że nie rozumiałem życia kiedy mogłem się nim cieszyć z ludźmi którzy wtedy żyli. nie umiałem zadać im ważnych pytań. teraz ich nie ma.

zastanawiam się o czym pomyślę kiedy będę żegnał dziadka. choć być może i tak, że to on mnie pożegna. i potem siąde i powiem przecież to wszystko teraz nie ma sensu, bo czy ma ? byłem ostatnio w zamościu, zamość już w jakiś sposób umarł dla mnie. nie ma tam moich dziadków, są ciocie , wujkowie, tyle. zamość jest moim wspomnieniem. co kiedy stanie się tak z resztą mojej rodziny. to właśnie jest życie, przywiązujemy się to tego co mamy, oczekujemy trwałości w świecie w którym nic nie trwa wiecznie. nic.

no więc dzwonie do Dziadka, pyta jak się ma. słysze jak się cieszy, jak się śmieje. odwiedzam go kiedy jestem w polsce, jemy, pijemy, smiejemy się. Dziadek opowiada, pyta, i wszystko za chwile znika, wsiadam do samolotu i wspominam to patrząc na drzewo z za okna odbite na mojej ścianie.

po latach dopiero dociera do mnie wartość słów Dziadka , kiedy zawsze na pożegnanie mówił do mnie "Dziękuje, żeś mnie odwiedził". Dociera do mnie jak puste życie być może kiedy mieszka się samemu, tak jak on, jak puste jest kiedy się kochało i było kochanym, a dziś tylko ściany.





środa, 14 sierpnia 2013

beczka prochu w głowie

być może przez porzucenie własnych celów, planów i pragnień, wyrzekając się radości z życia i pomagając żyć innym można się zabić w sposób najlepszy. rezygnując z życia , a to co z niego zostało użyć jako narzędzie by wesprzeć innych i dopiero gdzies na końcu umrzeć w samotnści z całą beczką prochu myśli. nie raniąc nikogo , nie pozostawiając ludzi z tymi samymi pytaniami z którymi ja jestem, ale wspierając ich w drodze przez to co jest. zostawić wszystkich to stworzenie wielkiego cierpienia tym co żyją, a to nie o to chodzi.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

idziesz sobie ulicą a tu pytanie się pojawia za rogiem

nie moge tak zwyczajnie powiedzieć sobie , że będe mieszkał tu i tu, będe robił to i to, żył tak i tak, nie moge bo już sama wizja napawa mnie nudą. gdybym zaplanował sobie, że przeczytam książke w weekend tylko dlatego żeby zwyczajnie ją odhaczyć to wolałbym ją zjeść niż czytać, nie umiem robić czegoś jeśli tego nie pragne.

pojawiła się ostatnio ciekawa szansa zmiany życia, totalny przewrót wszystkiego, sokowirówka. zacząłem wychodzić na spacery i rozmyślać o tym, ciężki temat szczerze mówiąc dla mnie. czy zostawić wszystko , całe to życie zombie tutaj i spórbować czegoś innego. to całe zastanawianie się doprowadziło mnie do zupełnie innego pytania zamiast do odpowiedzi na pytanie. pytanie jakie mnie ogarneło jest proste, dlaczego ja jestem tu gdzie jestem ? wydaje się być banalne, ale kiedy zacząłem się zastanawiać okazało się, że nie jestem pewien dlaczego tu jestem. co więcej odpowiedź na pytanie gdzie powinienem być stała się jeszcze trudniejsza. łatwo jest wpaść w chorobe psychiczną zwaną miłością i się osiedlić gdzieś argumentując to ową chorobą , można też argumentować wybór miejsca na milion innych sposobów, rodzina, dzieci, praca i co tylko jeszcze. ale to pytanie jest głębsze jak się okazuje. pytanie jest co ja tu wogóle robie ? mnie tu nic o ciarki nie przyprawia, mnie tu nic nie budzi do życia, wstaje niczym zmarnowany życiem , jak bym już dawno umarł. i prosze tylko mi nie mów, że nie mam celu w życiu i ambicji bo zapłoniesz na stosie w mych myślach.


to bardzo ciekawe obserwowanie przemijania każdej chwili. nie potrafie zrozumieć ani wyrazić słowami teraźniejszości. za każdym razem kiedy jestem świadom przeżywania czego kolwiek, wiem już że za chwile będzie już odległa przyszłość a wszystko co było stanie się niczym innym jak obłokiem wspomnienia. nie potrafie uchwycić zatem gdzie dokładnie jestem, czy ja tu jestem , czy wogóle można tu być i cokolwiek przeżywać skoro wszystko jest przeszłością. nawet przyszłość na którą oczekuje istnieje tylko teraz w mojej głowie, ale ona jest skazana na stanie się obłokiem wspomnienia, możliwością jest tylko nadanie jej formy w jakiej ją zapamiętam. i ciach bajera zaraz będzie skończy się wszystko.

więc jak żyć z myślą, że wszystko zmierza ku niczemu, ja nie umiem.

niedziela, 11 sierpnia 2013

na początku jest śmierć

umarłem, dlatego to jest pierwsze zdanie, później nie mogłem napisać już nic. zanim umarłem długo cierpiałem fizyczne bóle leżąc w łóżku. byłem sam. nikt nie wiedział , że umieram. nie miałem żony ani dzieci, nie miałem bliskich. moi rodzice umarli jakiś czas temu. moje rodzeństwo mieszkało na innym kontynencie. nie mówiłem im , że choruje. umierałem przez kilka miesięcy. miałem czas aby zmierzyć się z bólem i spisać ostatnie myśli zanim zniknąłem.

na końcu jest śmierć. na końcu mojego życia. nie wiem jak będzie z innymi ludźmi ale ja umre. ta myśl nie pozwala mi cieszyć się dniem dzisiejszym. nie umiem nie myśleć o tym co będzie potem. to pytanie jest mną , a ja tym pytaniem. i nie chodzi o ciekawość. chodzi mi o fakt, że cokolwiek dokonam w życiu i tak nie będzie miało większego znaczenia ponieważ na końcu wszystko zniknie. obróci się w zupie tego wszechświata.

na początku podobno się urodziłem, przyszedłem na świat i gdzieś po drodze zacząłem być świadomym tego że żyje, że tu jestem. reszta, cały natłok myśłi, przeżycia, chwile, wspomnienia , cały mój świat to wszystko stanowi mnie, buduje mnie. jestem historią tych przeżyć.


myśl jako owoc mojego życia. być tak może, że wniosek iż nic nie rozumiem będzie najbardziej wzniosłą myślą mojego marnego życia w którym błąkam się od drzwi do drzwi pukając i pytając - co widzisz ?

patrze na mojego dziadka i zastanawiam sie jak to możliwe , że z jednej strony ma tak otwartą głowe, potrafi słuchać i wyciągać tak błyskotliwe wnioski a z drugiej strony wierzy w Boga. to chyba pozostanie dla mnie tajemnicą.


zabawne że kiedy patrze na ten świat to im więcej czytam na tematy różne jak budowa wszechświata w skalach skrajnych to spotkanie w drzwiach z moją Mamą, albo machający mi obiema rękami Tato kiedy wyjeżdzam staje się chwilą której już opisać się słowami nie da. nie da się bo wiesz na jakim poziomie to obserwujesz, jednocześnie wiedząc ile czasu na piechote szedłbym do słońca, a gdzieś między tym jest świadomość o tym, że słowo materia jest tylko opisem tego czego jeszcze nie pojeliśmy. a to wszystko tylko dzięki zmysłowi wzroku, który.....itd. im więcej wiem tym bardziej czuje , że siedze w kinie i oglądam jakąś projekcie dostarczaną do mojego umysłu a nie własne życie.


i tak musze umrzeć. ale to i dobrze bo nei chciałbym żyć wiecznie, byłaby to masakra. demoniczną myślą jest wizja , że można by uwiezić świadomość w kamieniu i pozostawić ją wietrzeniu na następne mieliony lat, aby przemyślała sobie pare spraw.


dochodze do wniosku, że bycie w zgodzie ze sobą to największy sukces jaki można w życiu osiągnąć. co mam przez to na myśli. ano to , że godze sie na wszystko co przychodzi i odchodzi, nic nie chce, nic nie oczekuje, zwyczajnie tu jestem. dziekuje dobranoc.


w ciemności leże

obserwuje. ludzie w koło mnie. podejmują decyzje, mówią o celach, o tym co i po co chcą osiągnąć. mówią o szczęściu, nieszczęściu. obserwuje to wszystko z boku.

odwiedziłem miasto w którym mieszkają moi rodzice, dziadkowie. byłem przez kilka chwil z nimi. patrzyłem na nich. zachwycałem się nimi. doznawałem możliwości bycia obok nich, z nimi. przyglądałem się ich codzienności.

ktoś zachwycał się swoim nowo narodzonym dzieckiem. opowiadał o żonie, o problemach dnia. ktoś inny opowiadał mi o tym, że za późno zaczyna być na posiadanie dziecka. usłyszałem o złamanym sercu, o utraie nadzieji, o chęci popełnienia samobójstwa. słuchałem o sukcesach zawodowych i o porwanym dziecku , którego brak zabija rodziców za życia. słucham o problemach wychowawczych, o słąbej pracy, a obraku motywacji. ludzie borykają sie z przeróżnymi problemami, a te tworzą ich życie, ich historie. ja zastanawiałem się jaki ja mam problem, coś co napędza moje życie, doszedłem do wniosku, że moim problemem jest samo życie, nie umiem go zrozumieć , a bardzo chce, i to jest na chwile obecną jedyną żeczą jaka mnie napędza. niestety brzmi to śmiesznie i w ten sposób wole nie odpowiadać kiedy ludzi mnie pytają jaki mam cel w życiu.

czytam rozmyślania Marka Aureliusza. ktoś niedawno zapytał mnie czy pamiętam miejsca w któych czytałem książki. Aureliusza czytam chodząc po Oslo. jego myśli tak mi bliskie, tak zgubne jednocześnie. ide przez Oslo i to godze się z nim to nie godze się. coś zapada w pamięć, coś powoduje, że dłużej się zastanawiam tak jak myśl o tym iż nie ważne kiedy umieramy czy za młodu czy na starość bo zawsze tracimy jedynie teraźniejszość, możliwość jej przeżywania. nie posiadamy jak pisze Aureliusz ani przeszłości ani przyszłości, jedynie teraźniejszość możemy stracić a ta jest zawsze taka sama bez względu co za i przed nami. kiedy znowu pisze o ludziach, którymi się otaczamy i o tym jak zachwycający są, jakie mają piękne cechy i jak należy się nimi zachwycać to przyznać musze , że jest to myśl, która mnie dotyka. bo w koło mnie w życiu było tylu ludzi, którymi się zachwycałem , zachwycam. ludzi których nie sposób opisać, zapomnieć anie na nowo spotkać, każdy tak wyjątkowy. piękne.

wróciłem do pokoju w Oslo. masakra. pustka. środek lata a tu jak w jakimś koszmarze, choć lęku nie ma to świadomość iż czas mi się tu zatrzymał przyprawia mnie o dreszcze. przez ostatnie dwa tygodnie tyle przeżyłem, tyle widziałem, tyle doświadczyłem, z tyloma ludźmi przeżyłem chwile. piękne. a tu znowu nicość. książki, łóżko, praca, okno, drzewa oto ja, na własne życzenie zawieszony w czasie. i choć brzmi to kurewsko smutno jak opowiadam komuś, to ja czuje się szczęśliwy, bo kiedy spotykam ludzi ważnych jakoś tak intensywnie nasiąkami chwilami, już inaczej niż kiedyś.








czwartek, 8 sierpnia 2013

czwartek, 11 lipca 2013

wymiotuje

wymiotuje ciągle sam sobą. słysze, żeby pozytywnie myśleć, że trzeba, bo życie jest piękne, i za każdym razem wymiotuje bardziej. i dopiero gdzieś kiedy siedze taki cały zażygany , kiedy leje się ze mnie wszystko co może, wtedy podchodzi ktoś kogo nie znam i mówi: też żygasz ? a myślałem, że tylko ja jestem chory. od razu robi mi się lepiej. zaczynamy rozmawiać o tym czym to wszystko może być, jak to czujemy , to wszystko co jest w czym jestem. i dopiero wtedy kiedy spotykam kogos takiego , zaczynam czuc kim jestem. a jestem nikim, czyli kims kim sie urodzilem i kim chce pozostac, kims kto nie zamyka sie w ramach szablonow wymagan wykreowanych przez zamkniete umysly. nie chce byc po cos, chce byc raczej po nic.

potrzeba duzo wytrwalosci aby zdezac sie z ludzmi ktorzy przychodza prawic moraly, uczyc jak zyc, uczyc po co zyc, jak postepowac, jak sobie radzic ze smutkiem, jak byc radosnym. masakra. i kazdy jest kurwa pewien ze ma racje, ze zycie jest takie cudowne, ze szczesliwym trzeba byc :) ja jebie, cyrk.


tak sobie mysle ze mam 32 lata i od wspomnien kiedy mialem 10 lat dzieli mnie tak ogromny dystans, nei wiem czego, podobno czasu, ale jest przeogromny. wiecznosc moglaby byc koszmarem, albo sam fakt istnienia w niej i bycia swiadomym. to jakas masakra.








piątek, 5 lipca 2013

co mi po bani chodzi

życie jest w pizde smutne. codzień kiedy jade rano do pracy widze z tramwaju kobiete ok 40 idąca z plecakiem i reklamówkami w strone miasta. ona koczuje gdzieś nad morzem. jak tak patrze na nią i na jej zywot i sobie myślę jak kurewsko ciężko jej musi być to nie mam złudzeń co do pierwszego zdania tego wpisu. siedze gdzieś między szybą a malująca się lalką w tramwaju. patrze w koło wszyscy napierdalają na smartphonach. no ja wiem, że one ułatwiają życie, bo mi przecież też. pochylamy się nad nimi a tej babki na ulicy już nikt kurwa nie widzi bo nawet facet co ją mija gapi się w telefon.


wiec ja sie pytam siebie czym jest ta cywilizacja skoro mamy wszystko ale tylko do czasy kiedy pasujemy do reszty, potem jest game over. mozesz dostac drobne albo w morde, wszystko.


mialem dzis ciekawy sen, zazwyczaj sny spisuje tylko na blogo zamknietym gdzie nikt ich nie widzi, ale ten jest arcyciekawy. snil mi sie mozg, moj mozg. normalnie jako siec polaczen. byly kolorowe. ja lecialem miedzy nimi jak w kosmosie. i nagle z kilku polaczen zrobila sie jedna nitka, ja nia polecialem i nagle wlecialem w to polaczenie i wszedlem do jakiegos swiata zaczalem cos przezywac. potem sie z tego wydostalem i znalazlem sie w innym polaczeniu w innym swiecie. kiedy wychodzilem z kazdego widok w gore bylem w kolejnym mozgu, kolejne polaczenia , a droga ta nie miala konca. bylo to jak gdyby kazdy umysl byl kreacja w innym umysle. cos na ksztalt sieci o niepojetej liczbie polaczen z ktorych kazdy wezel tworzy kolejna taka siec w sobie jednoczesnie biegnac polaczeniami w dol mozna sie wydostac na gore. zadziwiajaca projekcja wyobrazni to byla.


zauważyłem, że jak nie mam czasu myśleć to wpadam w ciąg niby sen. ostatnio bardzo dużo pracowałem i nie miałem czasu usiaść i podumać. wracałem z pracy nad ranem, rano wstawałem i znowu do pracy. i tak widze, że to lekka masakra. kiedy na chwile usiadłem i pomyślałem, że nie istnieje i że to wszystko jest złudzeniem, że bawie się w tą zabawe zwaną zyciem gdzie ludzie są tacy poważni, gdzie kompilowanie kodu i wysyłanie pakietów informacji na drugi koniec świata może być wazniejsze niż zjedzeni jabłka i spacerowanie to myślę sobie gdzie ja do chuja jestem ? odpowiedź oczywiście przychodzi szybko- zbieram na mieszkanie. i tak jak śpiewali - chciałbym umrzeć z miłości.....żartowałem :)

Pierwszy raz w życiu fruwałem !

miałem okazje być w życiu na kilku koncertach. byłem, słuchałem, bawiłem się. na ten na który wybrałem się teraz był czymś wyjątkowym. pamiętam jak dziś rok 1993, oglądam MTV a tam zaczyna lecieć kawałek green Day - Basket Case. nie zapomne uczucia kiedy to usłyszałem, przez całe kolejne wieczory wysiadywałem przem TV czekając aż go puszczą znowu. miałem pod ręką telefon z automatyczną sekretarką i nagralem go sobie na kasete. cóż to był za kawałek. przetłumaczyłem słowa i zakochałem sie znowu. 20 lat później, ide w Oslo ulica i widze plakat , że Green Day gra koncert, wtedy już wiedziałem , że ja tam będe. ostatnie trzy dni przed koncertem programowałem w pracy po 16h i byłem trupem, na koncert poszedłem jak zombie. kiedy ruszyli to we mnie pękła bomba adrenaliny. byłem gdzieś w środku stadionu i wyrywało mnie z butów, moje łydki dały rade. pamiętam, że jak zagrali When I come Around to mnie już nie było tam, odleciałem. To co działo się potem było istną extazą. chyba pierwszy raz w życiu przezyłem to o czym mówią ludzie , o tym jak to przeżyawają. cały czas miałem nadzieje, że zagrają Basket Case, kiedy usłyszałem pierwsze słowa tego kawałka to musiałem wyglądać komicznie :) ja tam fruwałem , nie było limitu wysokości ani szaleństwa drgawek ciała , rozjebałem wszystkich stojących w koło turystów dla których worek kasy za bilet tak żeby postać w niedziele to żadna sprawa. darłem się jak bym wołał o pomoc po złamaniu nogi w środku gór. to było coś! nie zapomne tej chwili !





Tutaj filmik z koncertu (ktoś nagrał i wrzucił do sieci) na którym byłem kiedy zagrali Basket Case.
http://youtu.be/NFF9I5PSxE8?t=2m49s


poniedziałek, 24 czerwca 2013

zmiana otoczenia


Rzecz w tym, że zauważyłem pewne podobieństwo w moich relacjach z ludźmi. W ciągu swojego życia mieszkałem w kilku miejscach zlokalizowanych daleko od siebie. Poznawałem ludzi z którymi wchodziłem w relacje. Przez lata te relacje zanikły całkowicie albo okazywały się bardzo trwałe. Zauważyłem, że relacje najczęściej przetrwają długi okres czasu jeśli zbudowane są z kimś kto w życiu emigrował do innych miejsc. Natomiast relacje z ludźmi , którzy życie spędzali głownie w jednym miejscu żadko kiedy przetrwały próbe czasu. To oczywiście jest jedynie moim spostrzeżeniem.

Zastanawiałem się dlaczego i przyszło mi coś do głowy. Wszedzie przynależymy do pewnych grup społecznych. Ja przeprowadzając się już kilka razy , zauważyłem co to znaczy budować swoje życie od zera, co to znaczy znaleźć ciekawych ludzi, zaufanych, lojalnych. Później zrozumiałem co to znaczy wyprowadzić się i wyjść z tej grupy. Kiedy jedyne relacje jakie pozostają to komunikacja przez różnego rodzaju media i sporadyczne spotkania. Przyjaźnie z przed lat pozostały w głowie, ludzie których znałem już nie sa tymi samymi ludźmi, tak jak ja nie jestem tą samą osobą z przed lat. Kiedy nasze relacje się ucinają poprzez wyjście z takiej grupy automatycznie wyjątkowość naszych relacji przestaje wzrastać, ulega jedynie degradacji. Pozostaje sentyment , który jest powodem by spotykać się ze starymi przyjaciółmi. Kto to rozumie, nie powie do mnie " o wyjechałeś i przestałeś się odzywać" bo to zdanie jest formą żalu, żalu iż członek grupy emigrował.

poznałem w życiu tylu ciekawych ludzi z tyloma się zaprzyjaźniłem i ja osobiście czuje się związany z każdą z tych osób do końca życia. niestety często widze , że ja już nie jestem akceptowany w wielu grupach ponieważ ja wyszedłem z nich i już do nich nie należe. rzecz w tym, że ja nie chce należeć do żadnej grupy bo dla mnie cały świat jest grupą. zwyczajnie poszerzyłem jej obszar.

niedziela, 23 czerwca 2013

nie mam pojęcia jak się chodzi

leże z pełnym brzuchem ryżu przed biurkiem , za oknem drzewa. jedno największe na wprost mnie tak z siedem metrów. przez chmury przebija się słońce. w tle leci muzyka z serii 'sad music'. wszystko co mam jest zamknięte w mojej głowie, wszystko. nie mam nic więcej. wszystko co było, co przeżyłem, co zapamiętałem jest w tej głowie. jestem właśnie tą relacją ze światem. relacją z innymi ludźmi. kiedy którąś z nich umiera zawartość mojej głowy zaczyna posiadać coś co nie ma odbicia. jest poczucie istnienia tej relacji ale nie ma możliwości jej ponownego przeżywania. a przecież ona była. potem pojawiają się sny, w których relacje budzą się. przeżywam w snach emocje które były kiedyś , które towarzyszyły mi kiedy ktoś kogo już nie ma żył.

byłem w górach. obserwowałem siebie. słuchałem muzyki. rozmyślałem. a moje nogi szły, omijały przeszkody, wspinałem się pod góre, wszystkie te mięśnie pracowały idealnie wykonując rozkazy o których ja nawet pojęcia nie mam. nie mam ?


co warto pamiętać

Dziś dzień Ojca.

Nienawidząc kogoś wydaje mi się, że to siebie nienawidze, obrazu relacji który ja widze, jednocześnie burząc to co widzi inna osoba, a ona widzieć może zupełnie co innego. 

Pamiętam dzień końca szkoły, miałem wtedy 9 lat. Odbierałem wyróżnienie dla najlepszych uczniów w klasie. Kiedy wracałem do tłumu zobaczyłem mojego Tate stojącego w tle. Patrzył na mnie, złapał się za głowe, uśmiechnął się. To było niesamowite uczucie. Widzieć go kiedy jest dumny ze mnie. Zapamiętałem tą chwile i widze ją do dziś przed swoimi oczami.Pamiętam kiedy zabrał mnie i siostre na sanki, ciągnął je nasz wielki pies Hektor. To była piękna chwila.Pamiętam, że zawsze kiedy gdzieś wychodziłem jako nastolatek, zawsze pytał mnie czy chce pare złotych. Zawsze miał dla mnie te pare złotych.Pamiętam, że jako kierowca jeździł bardzo kiepskim samochodem, inaczej mówiąc miał kiepskie narzędzie pracy. Mimo to kupił mi komputer który był dużo droższy niż jego samochód.Pamiętam, jak stracił prace i nosił worki z kartoflami na samochód, potem sprzedawał je na pobliskim bazarze. Mimo ciężkich chwil , które były nie unosił się dumą i nie siedział z założonymi rękami tylko pracował aby wykształcić dzieci.Pamiętam jak dbał o to abyśmy mieli dobre rzeczy dla siebie. Dbał zawsze o rodzine tak jak tylko potrafił.

Więc człowiek który całę życie ciężko pracował na to aby rodzina przetrwała i żyła jak najlepiej nie może być postrzegany przez pryzmat tego co mi się nie podobało bo nie rozumiałem tego.

Tą są dobre wspomnienia. Mógłbym napisać też te które budzą we mnie złe emocje, ale po co ? Ocenianie kogoś nie ma sensu, bo sami nie wiemy jak sie nasze życie potoczy i jak się zachowamy. Pamiętając te dobre chwile można wykorzystać czas który jeszcze pozostał i próbować przeżyć życie ze zrozumieniem innych. Ja do takich wniosków dochodze po latach.

Pewnego dnia umrze on albo ja. Wtedy będzie za późno na to by coś powiedzieć. Pozostanie tylko świadomość , że jest za późno. Ja w życiu spóźniłem się już wiele razy.

sobota, 22 czerwca 2013

kamień w sokowirówce

chciałem napisać o tym jak szedłem przez las ostatnio. opisać to jak widziałem to z czym obcowałem. chciałem.

gdzieś w drodze zatrzymałem swoje pędzące nogi. pomiędzy mną a resztą świata odpoczywał wielki głaz. na środku głazu na jednym z jego policzków gdzieś na jego zmarszczce wyrosło drzewko. nie wiele mniejsze niż ja sam. stałem i patrzyłem na ten niecodzienny dla mnie obraz, żaden wyjątkowy tutaj. i przeniosłem to na życie człowieka. gdzieś się rodzisz, jesteś pod czyjąś opieką, wyrastasz na kogoś. wyrastasz dzięki warunkom jakie panują tam gdzie zaistniałeś. wydawać by się mogło , że ten kamień i drzewo symbolizują coś nieco innego. ale to wciaż wszystko jest życiem. ten kamień powstał nie inaczej jak w jakiś naturalny sposób. teraz wietrzeje. powoli znika. nie widać tego. moje oko zbyt szybko mróga a ja musze umrzeć nim oko kamienia mrugnie. ani kamień ani to drzewo nie mają znaczenia. nawet ja nie mam. a ta chwila, to spotkanie mnie , kamienia i drzewa stało się kawałkiem soku z sokowirówki która próbuje wycisnąć smak z marchewki jaką jest życie. kamień stał zaraz za szczytem Kikut w lasach Nordmarki na północ od Oslo.




czwartek, 13 czerwca 2013

z fajnych rzeczy to się starzeje.

każdy powód do życia wydaje się błachy kiedy zdajesz sobie sprawe ze swojej śmierci. ze śmierci swojej i wszystkich, którzy przyjdą po Tobie. Przyjęcie za możliwe istnienia jakiegoś stwórcy bądź kontrolera naszego życia daje możliwość odłączenia się od takiego spojrzenia na świat.

próbuje złapać jakiś kawałek siebie i budować relacje ze światem ale wychodzi mi to marnie. rozmawiam z ludźmi, ale z tego co mówią wynika, że większość z nich ma nadzieje, że życie nie kończy się tu na ziemi. przyjąłem, że skoro żyje i się zastanawiam i to lubie to w tym pozostac powinienem. do realizowania siebie potrzebuje wolności. jeśli założe rodzine i będe się jej poświęcał strace możliwość szerszego poznawania. zapomne o tym co zrozumiałem i przeżyje życie w imie walki o przetrwanie, a tego nie chce.

Siedziałem i zastanawiałem się nad tym jaką geneze mają skrajności które są we mnie. Natura bycia samemu, natura bycia z ludźmi, natura ciszy i zabawy. I tak patrzyłem się za okno i rozmyślałem. Kiedy następnej nocy spałem miałem sen. Sen w którym się obudziłem i byłem świadomy , że śnie. Byłem w Zamościu, w domu dziadka. Byli tam wszyscy z mojej rodziny, wszyscy. Większości już nie ma, nie żyją, poznikali. Stałem wśród nich i pytałem ich kim są, kim oni są dla mnie. Nikt nie chciał mi odpowiedzieć. Kiedy się rano obudziłem, pomyślałem, że to była odpowiedź na moje pytanie.


Od jakiegoś czasu przestałem wspominać przeszłość. Lata 2003-2006. Czas w którym żyłem bardzo intensywnie, czas, którego nie mogłem podżałować, że znikł. Przestałem wracać pamięcią do tych chwil i one znikły z codzienności, nie wywołują już emocji. Nie bolą. Skutecznie zamknąłem je w piwnicy wspomnień i nie chce do nich wracać, choć klucz do drzwi jest. Wystarczy jedno imie i zapalają się kolejne lampki rozświetlające to co było. A wszystko przez jedną znajomość, jak całe życie. Zmienia się przez to jakich ludzi poznajemy i co z nimi tworzymy.


Z fajnych rzeczy zauważyłem, że się starzeje. Siwych włosów coraz więcej, coraz więcej zmarszczek. Liczba lat zbliża się do 33. Odnosze wrażenie, że żyje. Mam nadzieje, że pójdzie tak dalej i śmierć przyjme ze spokojem świadom wszystkiego co przeżyłem.

Im dłużej się żyje tym więcej wspomnień :) Im więcej wspomnień tym więcej czasu trzeba , żeby się nimi później cieszyć :) Tak jak ze zdjęciami, jak z notatkami, jak ze wszystkim.

To całe rozmyślanie, możliwość zadawania pytań jest dziwną drogą. Wchodzisz i nie ma już wyjścia. Otwierasz jedne drzwi a tam 3 następne. Zamykają się za Tobą, jak poznasz odpowiedź nie ma powrotu. Pytasz dalej, szukasz dalej, myślisz dalej. I każdy wchodzi na własny Everesyt myślowy. A jeśli pytasz kogoś czym jest bycie świadomym to nie oczekuj odpowiedzi, bo to jak pytać jak pachną róże. 



poniedziałek, 10 czerwca 2013

Za moim oknem


Czy warto doświadczać czegoś nie wiedząc nic o tym czy może wiedzieć o istnienu czegoś ale nie doświadczając istnienia tego namacalnie ?

Czy lepiej jest znać wyspe wielkanocną z książek i widzieć ją oczami wyobraźni czy może lepiej jest polecieć i zobaczyć ją oczyma nie wiedząc o niej wiele ?

Czy warto zwiedzić świat dotykając go zmysłami, czy wyobrazić go sobie dzięki dogłębnej wiedzy ?

Odopowiedź dla mnie nie jest wcale taka prosta.

Drzewa za oknem są tworzone w moim mózgu, tak jak wszystko co widze. A co widze ? Widze świat tworzony przez umysł, umysł który ciągle karmie. Te drzewa albo są zbyt małe by je zobaczyć, albo zbyt skomplikowane by móc je pojąć, czyż nie ? i oto ja jestem i przez to co potrafie zobaczyć tworze w mózgu widok drzewa. drzewa , którego tam nie ma.

wtorek, 4 czerwca 2013

Chciałbym o tym zawsze pamiętać

Kiedy wstaje rano i otwieram jedyne oczy w pokoju nie mam prawa do tego. Wracając do pokoju w którym tylko jedna szklanka z wodą czeka na noc nie mam na to prawa. Nie mam na to prawa również wtedy kiedy przychodzi dzien wolny , a ja rozmawiam z kartkami książek, nie mam na to prawa. W zasadzie nie mam prawa, bo ono nie istnieje, a nie byłbym sobą gdybym tego nie dodał. Nie mam prawa powiedzieć, że coś jest nie tak. Moje życie , które nie przypomina żadnej konstrukcji nie jest powodem do tworzenia myśli o czymś lepszym, bo lepszego nie ma. Wciąż się budze z bólami głowy, wciąż myślę o tym, że mógłbym zrobić coś inaczej, czekam kolejnego dnia który na chwile okryje mnie złudnym poczuciem czasu. Nie moge jednak narzekać nawet słowem na swoje życie, na swoje wybory, na swój los. Jedyną osobą odpowiedzialną za mnie i moje życie jestem ja sam. I nie moge usprawiedliwiać siebie, że nie wiem. A czego nie wiem, niech pytam bo moge. Nie jestem skradzioną dwunastolatką z Birmy , która o poranku musi rozkładać nogi przed ludźmi , których ja mijam na ulicy cywilizowanego świata. Nie jestem niewolnikiem politycznym, którego wola walki zakuta chodzi w kajdanach. Wciąż nie jestem ograniczony przez ciało które pozwala mi biec. Niesamowite, że wśród tego świata, tych nieszcześć ludzi, tego całego cierpienia ja wciąż mam okazje tu być, nie cierpie, żyje, doświadczam i moge pisać siebie.



środa, 29 maja 2013

narodziny

siedziałam sobie dość wysoko, na górze. nie zauważona przez przmieszczających się poniżej ludzi. miałam na sobie ubrania, które wtapiały mnie w otoczenie. trudno było mnie dostrzec. obserwowałam ludzi. patrzyłam na nich. zastanawiałam się jacy są. zastanawiałam się co by powiedzieli gdyby mnie poznali. jeden z ludzi typowy samotnik zaczął się powoli do mnie zbliżać. wchodził po skałach , im był wyżej tym robił się bardziej biały. tracił włosy, zęby, co chwile zatrzymywał się i płakał. ja siedziałam i patrzyłam. szedł wyraźnie w moim kierunku, ale skręcał to na lewo to na prawo. zatrzymywał się i krzyczał coś z góry do innych, ale tamci najwyraźniej go nie słyszeli. dzwigał ze sobą książki, im wyżej był tym mniej ich miał. wspinał się i płakał. patrzył przed siebie ślepym wzrokiem. robił resztkami sił ostatnie kroki, już jako starzec. usiadł na kamieniu obok mnie. wyjął swój notes i zaczął pisać. burczał coś pod nosem. wtedy usłyszałam jak wypowiada swoje myśli. popatrzyłam na niego i powoli widziałam jak zaczynam się znim zlewać. ludzie na dole zaczeli na nas patrzeć. najpier mała garstaka. chwile potem było ich coraz więcej. on mówił i pisał. poczułam wtedy jak się rodze. poczułam czym jestem. zostałam opisana. została dostrzeżona. dowiedziałam się iż jestem. zaistniałam. wpierw jako myśl na jego ustach. dużo później kiedy inni weszli na góre i znieśli mnie na dół zostałam rozmnożona. zaczełam pojawiać się wszędzie. na ustach, na kartkach, na obrazach, wykuta w skałach, wyryta w drewnie. zaczełam istnieć. dostrzegałam się odbiając w ludzkich umysłach.

wtorek, 28 maja 2013

słysze dzwony, to już niedziela

Dostałem kilka odcinków domku z kart. Serial. Bardzo mi się podoba. Dlatego obejżałem kilka odcinków i kiedy się już wkręciłem to przerwałem oglądanie. Lubie przerywac ciekawość. W jednym z odcinków pojawiała się fajna myśl. Dziewczyna zapytała o to czy powinna podjąć nową prace, facet odpowiedział aby sobie wyobraziła dzień w takiej pracy i zobaczyła jak się tam czuje przez to. Nigdy tak nie próbowałem robić.

Zacząłem sobie wyobrażać.


Siedze na ulicy. Czuje jak moje spodnie lepią się domnie. Czuje smród mojego ciała. Czuje jak lepkie mam usta , jak niesmaczny oddech mam od niemytych zębów. Siedze i patrze na przechodzących ludzi. Czasem ktoś się nachyla i wrzuca mi do kuba monete. Mój wzrok wraca do książki. Czytam myśli człowieka którego nigdy nie poznam. Siedze tak i patrze na niebo. Nie wiem jaki jest dzień, nie wiem która godzina. Nie wiem nic. Nie pamiętam jak pisze się programy, nie pamiętam jak się używa poczty elektronicznej. Nie pamiętam nic. Zapomniałem siebie. Wiem, że kiedyś byłem młodym , wiem że kiedyś biegałem, że miałem znajomych, przyjaciół. Wiem, że siedze tam sam, nie znam nikogo, wiem , że wypadają mi zęby , że idzie zima i że znowu będe się szlajał po dworcach. Wiem, że gdzieś tam są moim rodzice, moje rodzeństwo. Wiem, że są świadomi mojego wyboru, że może chorują, może mają problemy, ale nie moge żyć dla wszystkich nie żyjąc dla siebie. Wybrałem rezygnacje ze wszystkiego, siedze i patrze na zakochaną pare, patrze na radość ludzi, patrze na ich smutne twarz kiedy patrzą na mnie. Wiem, że już nie spotkam wielu ludzi, wiem, że już nie zrobie wielu rzeczy, wiem, że wysiadłem z pociągu a on odjechał. Już nie będe miał dzieci, ani żony. Wiem, że nie obudze się w czystej białej pościeli, nie zaprosze nikogo na obiad, nie pójde z bratem na piwo, nie zrobie wielu rzeczy, które były kiedyś moim życiem. Dni mijają, a ja nie wiem co się dzieje, nie wiem nic. Czuje jedynie spokój, pogodziłem się ze zbliżającą się śmiercią, nie uciekam od niej, nie uciekam od cierpienia i bólu. Teraz stają się wyraźne wszystkie chwile życia, przypominam sobie chwile z mojego porzedniego życia. pamiętam jak kiedyś siedziałem i pisałem bloga, jak czytałem książki szukając odpowiedzi. odpowiedź była zawsze, była ciągle na wyciągnięcie ręki ale ja szukałem daleko. tak długo czułem się odpowiedzialny za świat, za ludzi, za to by im pomóc, ale nie umiałem pomóc sobie. im bardziej pomagałem wszystkim w koło tym bardziej zapominałem o sobie i nie mogłem pójść tam gdzie prowadziła moja droga. w końcu ją znalazłem. ból, smród, samotność, to mój świat. świat w którym jest tylko jedno, jest cierpienie. brak oszukiwania siebie, brak udawania, że żyje, że życie jest ważne. urodziłem się po coś, po to by pójść za tym co czułem, a nie za tym czego pragneli inni. stracić siebie, oddać wszystko co najcenniejsze to jest tym czego szukałem, tym co zawsze mnie zmieniało, a ja tego nie widziałem. mam 36 lat, wyglądam na 60, jestem wykończony, przestałem się oszukiwać i życie zabiło prawie moje ciało w kilka lat. nie zwiedziałem całego świata, nie poleciałem w przestrzeń kosmiczną jak mażyłem, nie zrobiłem niczego z tych rzeczy, ale zrezygnowałem z tego co najcenniejsze. nie wyszedłem trzaskając drzwiami o samobójstwo. zgodziłem się żyć nie oszukując siebie, przyjmując każdy dzień na ulicy, tak długo jak długo ja sam idąc ulicą będe wrzucał sobie monety do kubka. siedziałem tam i patrzyłem na świat, który pędził tak samo jak przez ostatnie tysiące lat, zmieniały się tylko kształty , barwy i prędkość. nic więcej. tak jak tysiące lat temu tak i dziś nikt nie znał odpowiedzi czym jest, po co żyje. nikt. mimo tego wszyscy pędzą w przekonaniu, że coś rozumieją, że wiedzą czy i po co są. ktoś podchodzi do mnie i mówi do mnie po imieniu. odwracam się. rozpoznaje koleżanke. nachyla się i pyta co się stało. uśmicham się i mówie, że wszystko w pożądku. że mam się wyśmienicie, w końcy żyje :) patrzy na mnie zdziwiona, pyta jak może mi pomóc. mówi , że zabierze mnie do siebie i pomoże mi. usmiecham się i mówie, że mam wszystko czego potrzeba i że dziękuje jej serdecznie. po długiej rozmowie odchodzi, by powrócić z siatką jedzenia. karmi mnie. przedłuża moje życie. ona, kobieta, którą kiedyś poznałem. z którą mogłem kiedyś być. nie umiałem. mijają dni, miesiące, mijaja wiele miesiecy. czuje się coraż gorzej. coraz więcej się uśmiecham, widze zbliżającą się śmierć. ale nie tą fizyczną, widze ją jako śmierć poczucia iż tu byłem, iż żyłem, iż kochałem, iż ktoś mnie znał. wraz ze mną umiera cały świat jaki znałem. znika chłpoak i chwile które tworzył. znika moje imie, znikają moje relacje z ludźmi, widze tylko jak przemieszczają się kolejni ludzie. widze jak przychodzą i ochodzą. widze, zachód słońca, wschód. czuje ból. nic więcej. głód. słysze jak biją dzwony, głośno, to musi być niedziela, biją coraz głośniej. jest już noc, a one wciąż biją. i w ciszy słysze jakieś kroki. dzwoni cichną. ja naprawde zrezygnowałem z życia.

cierpienie jest szczęściem, bo szczęściem jest zrozumienie

stałem między ludźmi. delikatnie po twarzy przebiegał wiatr. patrzyłem na niebo. ludzie stali w ciszy. nikt nic nie mówił. gdzieś w oddali słychać było przejeżdżające auta. patrzyłem na nich wszystkich. na nich i na to co się działo. powoli dobiegało pociąganie nosem i płacza mojej Mamy. stała zalana łzami. wszyscy płakali. łzy były niczym gęsty deszcz padający w ten dzień, gdzie bezchmurne niebo bez granic łączyło się z wielkim wszechświatem. kilku mężczyzn powoli zaczeło się przemieszczać. w tle usłyszałem głos mojego Dziadka mówiącego "O Jezu". Powiedział to na takim głębokim wydechu. Tak jak gdyby tracił właśnie całą siłe oddychania. Płacz narastał. Mężczyźni powolnymi krokami przesuwali się w dół. Trzymali grybe splecione sznurki. Było ich sześciu. Stali w odstępie kroku od siebie. Na sznurkach spoczywała drewniana trumna w której spoczywała moja Babcia. Oczy mojej Mamy, Dziadka czy jej sióstr pokazywały tylko pustke i bezsilność. Pustke która niczym studnia pochłaniająca wszystkie światło. Łzy płyneły, czas biegł. Ja patrzyłem i przywoływałem chwile kiedy przychodziłem z Babcią na ten cmentarz. Siadała na ławce, a ja patrzyłem jak się modli. Patrzyłem i wiedziałem, że kiedyś odejdzie i chciałem zapamiętać ten moment. Babcia przychodziła często na cmenatrz. Siadała nad grobem i modliła się. W grobie leżał jej syn. Brat mojej Mamy, chłopak który umarł w wieku 30 lat. Nie miał okazji żyć długo. Pamiętam dzień kiedy umarł. Wróciłem ze szkoły , a moja Mama siedziała zalana łzami. Nie rozumiałem co przeżywa, nie rozumiałem z czym się zmieżamy żyjąc. Babcia siedziała zawsze na ławce, patrzyła na zdjęcie syna i modliła się. Ja w ciszy stałem obok, czas nie grał roli, biegałem myślami do wspomnień z wujkiem. Biegałem myślami po niebie i myślałem czy go jeszcze kiedyś spotkam. Czy spotkam też innych którzy umierają. Zastanawiałem się czy będą starzy czy młodzi. Czy będą mnie pamiętać małego czy rozpoznają mnie jako dużego.Nie ma już mojej Babci. Moja Mama w dzień Matki płacze bo tęskni za swoją Mamą. Życie , cierpienie.Każde wesele to zbieranina pijanych życiem nieboszczyków. Każde narodziny to powolna śmierć, tak długo wypierana przez nasze umysły. Ludzie i chwile z nimi, wszystkie te które znikają wraz z echem łez nad grobem.Kiedyś chciałem aby ktoś mnie pamiętał kiedy umre, teraz widze , że to nie ma znaczenia. Tu nie chodzi o mnie. Zabawne , że przeżywamy tak intensywnie , że wydzieramy dusze przez oczy z tęsknoty za innymi istotami. Zabawne, bo przecież to wszystko to chwile, które nie wiedzieć nawet czym są. Pisanie tego bloga jest moją kuracją. wyrzucam swoje myśli i patrze na nie, patrze jak przychodzą, odchodzą. widze siebie tak niedoskonałego, tak bardzo pobugionego i szukającego, i ciesze się, że brne w tym bagnie. 

piątek, 24 maja 2013

a jednak

uświadomiłem sobie dziś, że mam marzenie. normalnie myślę o tym od dawna, ale obawiam się, że nie jest możliwe do spełnienia. i marze, że zanim umre może uda mi się , może marzenie się spełni.

czwartek, 23 maja 2013

cień niczego

myślałem kiedyś, że szybko biegam
na mecie maratonu zrozumiałem, że nie tylko ja
cyfra na papierze i następne już w głowie
na studiach spotkałem szybszych niż ja
pojechałem objechać Korsyke na rowerze, wyczyn
na drodze zobaczyłem ślady innych opon
napisałem wierz i zachwycałem się nim
a potem wgrałem go między miliony innych w sieci
czytałem, myślałem , że się dowiem więcej
wiedza wyjaśniła mi, że nie można wiedzieć
biegłem do niej, ona kochała mnie, tylko mnie
pewnego dnia wyjaśniła mi, że nie tylko mnie
skupiając się na swoim życiu, myślałem, że jest wyjątkowe
kiedy był mój pogrzeb, przyszli nieumarli
oceniałem, czułem że moge, że mam podstawy
aż lustro pękło bo nie mogło pokazać dwuch postaci

środa, 22 maja 2013

patrząc ze wzgórza

wszystko jest takie proste kiedy pamiętam, że nie wiem skąd przyszedłem i nie wiem dokąd zmierzam. wszystko co jest , co było, co będzie nie ma znaczenia. patrząc na życie ze wzgórza śmierci , życie nie ma znaczenia, nie może go mieć.

wtorek, 21 maja 2013

Cztery dni bez planowania


kiedyś wróce do tej chwili wspomnieniami

stałem sobie na drodze w środku lasu. paliło słońce choć to środek maja. obok stało nasze auto. leciał ten kawałek. patrzyłem na koniec drogi , który znikał sam z siebie, bo droga opadała w dół.w oddali kilometrów za drogą wznosiły się wielkie ośnieżone góry. stałem w czrnych spodniach do kickboxingu, butach do biegania , bez koszulki. miałem spięte włosy. obokmnie rosnące drzewa schodziły w przepaść. asfalt nagrzany od słońca. patrzyłem to w niego to w niebieskie niebo. myślałem, o tym że tam jestem, gdzieś w środku wielkiego świata, że gdybym się uniósł wystarczająco wysoko zobaczyłbym wszystkich których znam, że zobaczyłbym wszystko na małej kulce. i że to wszystko zniknie. i że będe tak stał za ileś lat i już tych ludzi nie będzie, że zostane gdzieś tam. że oni zostaną gdzieś sami. że będą umierać szybko albo długi, lekko albo w cierpieniu. że nie wszyscy się pożegnamy. żecoś zrozumiem znowu za późno. że nie powiem wielu ludziom jak wiele zrobili dla mnie. że nie uściskam dłoni ważnych ludzi. i tylko przypomni mi sę ta chwil, ten gorący dzień. kiedy tam stałem i nagle niwwiadomo skąd podszedł do mnie facet i powiedział:
- good time for Johny Cash.
a potem ucieliśmy sobie krótką wymiane zdań o pięknym dniu i znikł równie szybko jak się pojawił.

życie jest piękne, im bardziej się nim zachwycam tym bardziej zaczynam się zastanawiać nad tym jak wielkim jest złudzeniem i jak bardzo wiedza o nim zamienia je w coś co chce utorzsamić z sobą. a ono może być częscią mnie tak jak ja niego. skoro ostatnio przeżyłem tyle pięknych złudnych chwil coś mi się wydaje, że nadchodzą te ciężkie dni. i pewnie się nie myle. za każde oszustwo swojego umysłu trzeba zapłacić. dostane coś mi się wydaje wysoki rachunek :)


Kilka wątków z głowy

Ludzie są niczym liście na drzewie , wielkim rosnącym w wielkim lesie. W zależności od pogody jaka panuje w środowisku i od ich zachowania , można wydedukować na której gałęzi drzewa się znajdują. Przy dużym wietrze, te które się nie telepią powinny znajdować się gdzieś na dolnych partiach, z koleji te które są całe mokre przy małym deszczu powinny być gdzieś na górze. I podobnie jest z ludźmi. Co więcej jedni do oceny samego siebie używają lusterka i przyborów, zdjęć i opini innych, a inni obserwują innych ludźi i dostrzegają siebie niczym w filmie o sobie samych. Piękna sprawa umieć obserwować, siebie, innych, wyciągać wnioski. I pojawiają się te momenty w życiu, kiedy ktoś kogo bardzo długo znamy i szanujemy pokazuje przez małe i niby nie znaczące momenty kim jest, pojawiają się momenty kiedy widzimy w ludziach siebei i odkrywamy jak postąpiliśmy wobec innych.


Strach. Był most między dwoma wyspami. Weszliśmy pod niego. Pod jezdnią na brzegach były metalowe szyny, wszedłem na jedną znich. po tej szyni, pod mostem, można było przejść jakieś 90m i znaleźć się po drugiej stronie mostu. Po drodze, w jednym miejscu było się jakieś 30m nad morzem. Nie było barierek, po drodze było można bez problemu spaść. Wszedłem na tą szyne, podszedłem kilka metrów, kiedy byłem już tak z 6m nad ziemią poczułem to oczucie. Ten lęk. Moje całe ciało spieło się, czułem jak powoli ogarnia mnie paraliż. Dokładnie ten sam kiedy poszedłem dzień wcześniej sam przez las i doszedłem do wielkiego dzikiego wodospadu. Bałem się go, wiedziałem, że krok za daleko i wessało by mnie i rzuciło w miękką wode, która roztrzaskała by mnie na kawałki uderzając o kamienie i zrzucając z kilkudziesięciu metrów po kilka razy. Bałem się, bałem się bliskości śmierci. Była na wyciągnięcie ręki.


Siedziałem na skale i rozmyślałem o śmierci. O tym, że jest to tak ciekawe iż nie moge o tym przestać myśleć, możliwość przkeroczenia tego nic nie znaczącego w kontekście całego świata życia. I zastanawiałem się jak bym ocenił własną śmierć taką która miałaby miejse 10 lat temu, z punktu widzenia dziś, z punktu widzenia tego co przeżyłem. Popatrzyłem i pomyślałem, że nie poznałbym tych wszystkich ludzi i nie przeżyłbym z nimi tych chwil. I to była odpowiedź.


Jechaliśmy przez Notodden, miasteczko na zachód od Oslo. Siedziałem wygodnie w fotelu auta, grała muzyka, byłem z kolegami. Było pięknie. Przez to samo mieasteczko rok temu przchodziłem w środku nocy idąc samotnie w góry. Pomyślałem czym są miejsca. Miejsca się zmieniają, są chwilowymi scenami dla naszych własnych przedstawień, czasem zdarza nam się wrócić na ten sam spektakl, ale okazuje się , że scena jest przebudowana, wygląda nieco inaczej, na spektaklu jestesmy z kimś albo sami. Zupełnie inaczej widzimy scene. Pomyślałem w ilu miejscach byłem sam, ile sam w życiu przezyłem chwil, a ile z ludźmi. Pomyślałem, że pewnego dnia obudze się gdzies pod drzewem, głód będzie mnie ściskał, będe umierał z głodu i wycieńczenia i wtedy pomyślę o wszystkich ludziach , o tych chwilach które razem przeżyliśmy. Pomyślę, o ludziach których nie poznałem, ale których sceny widziałem oczami wyobraźni malowane przez słowa z ich zapisków. Umierając mam nadzieje cierpieć długo i na chwile odlatywać w chwile, które były.


Pomyślałem, że jest 2013 rok , a ja przez tyle lat rozpaczałem po kimś. W pierwszej chwili pożałowałem tego, ale potem zrozumiałem , że ten czas mnie zmieniał. Uśmiechnąłem się bo dziś widze inaczej te same spektakle.

czwartek, 16 maja 2013

Zdjęcia z lasu pod Oslo

Wybraliśmy się z Danielem na mały spacer do lasu pod Oslo. Padał deszcz. Przechodziliśmy przez pole golfowe i rozglądaliśmy się za lecącymi obiektami. Siedzieliśmy pod skałami chowając się przed deszczem. Zjedliśmy pasztet i wysłaliśmy SMSa do Sztangi. Fajny dzień.




wtorek, 14 maja 2013

odpowiedz jest pytaniem

zasypiam o drugiej rano , jeśli mam szczęście.
potem budze sie o siódmej. leże i myśle o tej rozwinietej nitce... którą jak wyobrażam sobie jest ciągłość moich myśli (zdawania sobie sprawy , ze stawiania pytań) przed i po życiu....gdzieś na jej drodze pojawia się życie....ono pewnie - to życie - jest pochodną czegoś co dzieje sie na tej nitce... tak sobie to wyobrażam.....a ta nitka jest splątanym zwojem , a ja  nie jestem pewien czy jest jednorodna ,  czy ma swój początek... czy musi go mieć ? bo nie musi... i tak sobie myślę że to co nazywam świadomoscią wcale  (BOJE SIE TEGO ZDANIA BO MNIE PRZERAZA TO CO KRYJE SIE ZA MOZLIWOSCIZMI TEJ MYSLI)

nie jest w mojej głowie....

no wlasnie wcale nie jest w głowie.... świadomość.... nie wiem czy pytać należy czym jest ale raczej gdzie jest... i tu rodzi sie  moja wizja którą sobie narysowałem myślami w głowie... nie wiem czy ktoś doszedł  do podobnego pomyslu bo cieżko mi jest go przelać w zwizji na słowa a co wiecej zdefiniować go i sprawdzić... ten pomysł , mówi że świadomosć jest światem w którym my żyjemy.... emergencja w czystej postaci... tak właśnie... ja postrzegam świat przez wiedze jaką posiadam... wiedza jest opisem świata w którym żyjemy, istniejemy.... I TO JEST NIESAMOWITA MOŻLIWOŚĆ JEŚLI SIĘ NAD TYM ZASTANOWIĆ.... abstrakcyjna matematyka opisuje i tworzy świat którego zobaczyć ( ba nawet wyobrazić sobie nie umiem)... ale to nie znaczy że go nie ma.... małe dziecko nie wie co widzi.... nie wie nic.... nie ma świadomości tego co doznaje..... czlowiek po 49 roku życia też nie wie czego doświadcza jeśli mało wie.... ja sam wiem niewiele przez co malo doświadczam.... i teraz JEB twarzą w ściane bo oto my mamy umysły , jesteśmy najbardziej skomplikowanymi systemami złożonymi jakie znamy, nasze mózgi zużywaja kilka tysiecy ( albo kilkanascien tysiecy , ale nie pamiętam dokładnie) razy więcej energii niż słońce,  a cała nasza cywilizacja (mózgów) wiecej niż nasza droga mleczna - tak wielkimi systemami złożonymi jesteśmy jako umysły najpierw a potem jako och splątana sieć... jesteśmy takim świecacym punktem  w kosmosie.... świadomością... objawem świadomości.... nasze mózgi złożone z pierwiastków z których żaden sam w sobie nie jest świadomy (chociać to niesłuszne stwierdzenie, bo każdy element wszechświata odbija obraz jego całości, zabieramy jeden element, albo zmieniamy jedną zasade/procedure i całość zostaje zmieniona), budują na podstawie kodu dna strukture która interpretuje świat ( odbija go na sobie) , odczuwa go..... myślę, że my jesteśmy tylko mizernym błyskiem odbijajacego się światła..... nie my istniejemy , my tylko odbijamy być moze światlo..... świadomość.... tak jak nocą kiedy pieszy idzie drogą i z daleka go widać bo świeci....ale to nie on świeci on tylko odbija światło, które rzuca na niego poteżny reflektor auta jadącego z na przeciwka..... i tak właśnie my możemy mieć mikroskopijną możliwość odbijania wszechświata , interpretowania jego możliwości.... możliwości jego istnieina.......bo przecież to nie my istnniejemy.... MY NIE ISTNIEJEMY, MY TYLKO MAMY WRAŻENIA, POJAWIAMY SIĘ BY ZA CHWILE ZNIKNAĆ, ALE TO SŁOWA KTÓRE JA NAPISZE POZOSTANĄ, TO WIEDZA ISTNIEJE, WIEDZA - OPIS ŚWIATA, A JA ZNIKAM, MNIE NIE MA.... i to jest tak ekscytujaca wizja...to jest tak podniecajaca wizja że kiedy ją sobie wydumałem to nie mogłem przestać myśleć o niej.... nadal  nie moge.... siedze tu i jak mała materia koduje kod dna - nieświadomie.... mój umysł operuje na innym poziomie niż jego elementy składowe.... i tak samo wiedza którą budujemy (odkrywamy, postrzegamy własnego błyszczenie - odbijanie czegoś) ona istnieje na innym poziomie... nam nie znanym.... my tylko dotykamy tego w czym istniejemy.... błądzimy niczym małe bakterie pod mikroskopem i usiłujemy coś zrozumieć....a w rzeczywistośsci odbijamy mikro kawałki świata którego częścią sami jesteśmy....


najbardziej niesamowite jest to że ja tu jestem.... że się nad tym zastanawiam.... zanim znikne.... zanim wróce do stanu z którego przyszedłem.... ze stanu spójności z całym znanym nam ośrodkiem w którym się znajdujemy...


poniedziałek, 13 maja 2013

Synecdoche

widzialem wczoraj film. nosil tytul ktory zapomnialem...synecdoche ( http://www.imdb.com/title/tt0383028/ ). bohater filmu chcial stworzyc teatr z zycia. chcial pokazac w sztuce zycie. patrzac na jego zmagania nie moglem sie oprzec wrazeniu ze widze w tym filmie ciagle ukryte przeslanki. trafialy do mnie. bardzo. trafialo do mnie jak rekrutowal nowych aktorow ktorzy mieli odgrywac role ludzi z jego zycia. rekrutowal ludzi ktorzy odbudowywali sceny z zycia , sceny ktore mialy juz miejsce a on chcial to pokazac. i wlasnie piszac teraz slowa uswiadamiam sobie ze ja robie to samo.robilem kiedys zdjecia probujac pokazac co widze, duzo pisze by opisac co czuje, nagrywam ujecia z zycia by kiedys stworzyc z nich film pokazujacy zycie....tylko ze to wszystko jest banka mydlana w ktorej odbijamy wlasne przezycia. kiedy umre historie straca glebie, zdjecia przestana przypominac chwile a filmy stana sie tylko wycinkami.

mialem ostatnio okazje poznac Anie, dziewczyne ktora studiuje matematyke, pochodzi ze slaska. szlismy przez oslo , wchodzilismy na national teather i rozmawialismy o fotografi. powiedziala  o zdjeciach i pamieci czlowieka. wbila mi tym gwozdzia w glowie. zaczalem myslec o tym. obrazy z dziecinstwa, przywoluje je nazawolanie, pamietam wiele pieknych momentow. a nie mialem aparatu.


leżałem w łóżku. nie mogłem zasnąć. była trzecia może czwarta rano. rano do pracy. wyobrażałem sobie że umieram. wypuszczam ostatni dech powietrza.robi się ciemno. zanikają wszystkie zmysły. zanużam się w oceanie. bez grawitacji. nie czuje kierunków. jest ciemno. nie ma nic. wiem tylko , że jestem. pozostają wszystkie wspomnienia chwil z życia. wszystkie. co do jednego. i ja. sam. bez nikogo, bez żadnych możliwości odczuwania innych ludzi. zupełna pustka. brak wyrażenia siebie. krzyk umysłu bez ruchu ust. i wszystkie wspomnienia powracają niczym sny, z ta różnica iż jestem ciągle świadom iż to tylko wspomnienia. nie czuje smutku patrząc na to co było. staje się biernym obserwatorem. jedynie świadomym. pozostaje świadomy i rodzi się pytanie.

czy jestem tu sam ?

wiem, że wszystko to było. ale nie wiem czy śniłem czy może teraz właśnie śnie. nie wiem czy umarłem bo nie umiem złapać poczucia czasu. jest cały czas potwornie ciemno, obrazy są niczym gwiazdy na niebie, które zlewają się co chwile w jakieś obrazy tylko po to by zniknąć gdy pojme czym są, były. tkwie w tym, wszystkie chwile się zlewają, powtarzają. oglądam swoje dzieciństwo pomięszane z chwilą kiedy umierałem, potem widze bliskich ludzi jak zabijają samych siebie tylko po to aby za chwile się urodzić. to co widze jest niczym otwarte pudełko puzli , które po złożeniu powinny dać obraz całego  życia, ale w tej chwili są krótkimi kawałkami dotykającymi się wzajemnie bez żadnego spójnego wzorca. I znowu ciemność i znowu czuje siebie i przychodzi myśl. 

czy życie przypadkiem nie było snem w który zapadłem na chwile ?

bo długo już myśle o tym, że nasze życie jestsnem, że nie może być czymś skoro się skończy za chwile a ja nie robie nic innego jak umieram od samego początku. myślę o samobójstwie, ale nie z lęku przed życiem, nie z poczucia niespełnienia, myśle o nim bo nie moge dac wiary iż to co przeżywam jest istotne. tak jak w moich snach, kiedy śnie, kiedy chce się obudzić ze snu staje na szczycie bduynku i skacze z okna, boje się na poczatku ale potem wszystko staje się jasne. budze się we śnie i wiem, że to sen, że to wszystko było myślą, obrazem mojego umysłu. myśl śmierci jest dla mnie arcy interesująca, czeka nas wszystkich, zazwyczaj bronimy się przed nią. bronimy się uporczywie żyjąc, zyjąc za wszelką cene. budujemy wiedze, budynki, autorytety, tworzymy historie, relacje, wybieramy sobie partnerów na całe życie. ale to wszystko jest tak śmieszne, że aż trudno uwierzyć, że ja sam w tym tkwie i nie widze, że to bzdura :) 

życie ma swój początek i koniec wg nas, potem okaże się , że jest snem który notorycznie powraca kiedy świadomość zastanawia się nad czymś

mam 32 lata, jestem wciąż młodym chłopakiem, biegam , skacze, jestem zdrowy, mam przyjaciół, wspaniałych, lojalnych, mam w życiu wszystko czego pragne, wszystko się spełnia, zawsze to powtarzam. mój Dziadek mam prawie 80 lat, cieszy się życiem, w coś wierzy, ma nadzieje, ma niewiele już. nie wiele może, jest uzależniony od innych. jestesmy na róznych punktach tej samej drogi. Mój dziadek jest niby przy jej koncu a ma dusze młodego człowieka, a ja gdzies bliżej srodka i myślę o smierci zamiast o życiu. 



środa, 8 maja 2013

przeżyłem kilka chwil

Przy tej muzyce to pisałem

Oxygen by Renee Fleming on Grooveshark



Kamienie
wsiadłem do samolotu. wzniósł się. myślałem jak bardzo latanie stało się dla mnie powszednie, a przecież ludzie kiedyś marzyli by wznieść się tam gdzie ptaki. ile szczęścia może mnie mijać jeśli zapominam jak wszystko co jest w koło jest niesamowite. zanim wsiadełm do samolotu pakowałem się długo. moja torba była mała, to tylko bagaż podęczny, niemniej jednak wypełniłem ją rzeczami które były na mojej liście. sporządziłem liste wszystkiego co będzie mi potrzebne, przez całę trzy dni pobytu w Cambridge. firma wysłała mnie na zrobienie przesłuchania z technikami których systemó używamy i pozyskanie od nich kluczowych dla nas informacji. przygotowałem się dokładnie, tak aby każdy pytanie prowadziło mnie do odkrywania krok po pkroku wszystkich tajemnic jakie miałem odkopać. w samolocie nie spałem, wyglądałem przez okno i podziwiałem widoki. anglia zupełnie nie przypomina norwegii z lotu ptaka, to zupełnie inne kompozycje , kształty , inna bajka. kiedy wysiadłem z samolotu lekko się stresowałem, musiałem odnaleźć się w wielkim Londynie. to była niedziela, tuż przed jedenastą rano. pociąg do cambridge chciałem złapać około 18. dzień chciałem wykorzystać na zwiedzenie National History Museum. szedłem pustymi uliczkami, ludzi prawie na nich nie było. gdzies po drodze minąłem piorunująco piękną kobiete. na oko miała 45 lat. szła w sukience , błękitnej w kwiaty. sukienka była za kolana, miała buty na rzemykach. była wyższa odemnie, powiewały jej blond włosy, włosy lekko pokręcone. kiedy przechodziła zrobiłem zdjęcie oczami, zapamiętałem ten moment, była prześliczna. dotarłem do muzeum. byłem głodny więc na początku zjadłem makaron z kanapkami , wypiłem cole i oddałem do szatni bagaż. ruszyłem przed siebie. oglądałem skamieniałości, dynamiczne pokazy tego jak powstają skały i czym są. stałem tam i gapiłem się na jeden kamień, nie mogłem nacieszyc oczu, nie mogłem przestać myśleć iż ten kamień jest żywym dowodem na to iż nasze życie jest niczym :) czułem jak mijajli mnie ludzie, przechodzili, przychodzili a ja stałem i się gapiłem. szedłem przez kolejne sale, oglądałem kolejne eksponaty. diznozaury, zapiski histori z pzed jakichś milionów lat. uśmiechałem się sam do siebie. miliony lat. a ja mam już siwe włosy, zamieniam się w kawałek kamienia powoli :) po drodze trafiałem do kolejnych wielkich sal, były tam przeróżne eksponaty, ludzkie organy, zwierzęta, meteory, owady , rośłiny. taki jeden budynek gdzie nazbierano farby którymi świat jest namalowany. to niesamowite, że mam okazje w tym uczestniczyć i to oglądać.


Za późno
Po pracy wracałem do hotelu. Brałem prysznic. Zakładałęm pantofle, swetr , kurtke i ruszałem podziwiać Cambridge. Z hotelu miałem jakieś 3km do centrum, na początku moja droga powadziła ciemną i dziką ścieżką gdzieś pomiędzy lotniskiem a jeziorem. Kiedy wracałem nią nocą nie było o miejsce godne polecenia, raczej przypominało jedno z tych w których lepiej nocą się nie znajdować. Długa prosta ścieżka z ciemnymi drzewami, latarnie i po dwuch stronach wysoka siatka zakończona drutami kolczastymi. W Cambridge było pięknie. Stare budowle nadawały mojemu wieczorowi smaku jakichś minionych czasów. Szedłem uliczkami zupełnie przypadkowo, nie wiedziałęm gdzie do końca ide. Wszędzie były rowery. Młodzi ludzie, biegający, inni z walizakmi wracający po weekendzie. Knajpki a w nich sami młodzi ludzie. Oglądałęm budynki uniwersyteckie. Patrzyłem na to i żałowałem, że ja wiedziałem czego chce kiedy byłem młody. Poczułem się źle, kiedy pomyślałem jaki poziom myślenia miałem kiedy miałem 20 lat. Nie wiedziałem nic, nie wiedziałem jak wybrać, nie wiedziałem co moge zrobić ze swoim życiem. Szedłem i patrzyłem na kampusy i myślałem sobie, że mineło mnie to w życiu i już nie wróci. Za późno.


Wschód słońca
Będąc w Danie na wycieczce rowerowej , która w końcu zrobiłem :) miałem okazje nie trafić w pięną pogode. Ania spała jeszcze w namiocie kiedy ja o 4:30 budziłem się bez zegarka, bardzo zabawne bo ja normalnie nie umiem się obudzić za skarby, a w tedy po prostu chciałem coś zobaczyć wschód słońca. Odwinąłem śpiwór i wyszedłem z namiotu, była cały zamarznięty, było jakieś -5. Zimno , zimno zimno. Pozbierałem się, ubrałem, poszedłem do kuchni na kampingu. Odpaliłem maszynke i zacząłem gotować ciepłe jedzenie. Mój gps mówił , że mam 4 minuty do wschodu słońca , popatrzyłem na morze a ono miało pomaańczowy kolor tam gdzie stykało się z granatowym niebem. Mieszałem jedzenie i co chwile patrzyłem przez okno, do plaży miałem jakieś 400m, miałem nadzieje zagotować wode, zalać jedzenie i iść na plaże, ale nie zdążyłęm. wyjżałem za okno a na horyzoncie paliło się coś małego, to było niesamowity widok. palił się ogień, ogień słońca i stawał się więszy i większy, unosił się nad morze i sprawiałe , że nie dało się patrzeć przed siebie. widok jakiego wcześniej nie wiedziałem, na niebie ani chmurki, wiatr stał, a żażąca się kula unosiła się powoli w góre.

Trzy kobiety
Wszedłem na impreze. Byłem już dobrze wypity. Przywitałem się. Bawiłem się ze znajomymi całą noc. Rano kiedy sie podniosłem wciąż byłem pijany. Smutne. Poszliśmy na spacer. Ja moim znajomi i trzy dziewczyny z Polski , które przyleciały pozwiedzać Oslo. Miały po 20 lat. Zmieniły moje zdanie na temat 20 latek. Dziewczyny miały coś do powiedzenia, nie były głupimi słodkimi lasiami, które piją i się drą, ale były niczym kobiety w ciałach młodych dziewcząt. Zachwyciły mnie sobą, tym że pytały, że chciały coś się dowiedzieć, że były ciekawe świata. Wspaniałe.

Obozy zagłady
Znowu bawiłem się ogniem. Znowu poparzyłem się. Miało być jak nigdy a wyszło jak zawsze. Ogarnął mnie smutek - a tak na poważnie to ogarneła mnie głupia nadzieja i zapomniałem czym jest życie. Zapomniałem, że miłość jest tytworem umysłu i istnieje zawsze kiedy chcemy, i nie musimy czekać , aż nas ktoś pokocha ale możemy kochać życie. Poszukałem zdjęć z obozów zagłady, oglądałem jakieś straszne ujęcia i rozmyślałem nad tym jak łatwo mi się żyje.





środa, 17 kwietnia 2013

Ważne chwile są mało wyraźne

Ogień powoli zaczynał buchać z czerwonego ceglastego kominka. Dym natychmiast był wciągany przez komin i znikał niczym wessany przez małą czarną dziure. Chwile potem pojawiał się gdzieś nad dachem małego drewnianego domku tylko po to aby za chwile rozmyć się w powietrzu.  Przed kominkiem z wyciągniętymi rękami siedział mężczyzna. Jego dłonie o wyprostowanych palcach przystawały pionowo w kierunku ognia. Jego twarz i ciało dziwnie wygięte podążały śladami dłoni. W pomieszczeniu było bardzo zimno. Bardzo. Mężczyzna cofnął się i podrzucił drew do ognia. Panował półmrok. Pokój był prawie pusty, wyglądał na opuszczony. Na drewnianej podłodze tuż za nim stał stół. Mężczyzna ponownie wyciągnął ręke i tym razem włożył noge od krzesła które przed chwilą połamał. Ogień buchał coraz silniej.



Stojąca przed regałem z książkami Kobieta w panice przewracała wszystkie jedna za drugą. Zrzucała je na ziemie , ewidentnie czegoś w nich szukała. Kolejne spadały na ziemie. Kolejne trafiały w jej ręce , wertowałą kartki niczym wchlarz i rzucała je, na podłodze była już sterta. Sterta książek się powiększałą z każdą sekundą. Kobieta zaczełą krzyczeć. Płakać jeszcze głośniej i szlochać. Kiedy nie było żadnych książek, usiadła a raczej rzuciła się na książki i opuściła głowe między dłonie. Płakała , bardzo gorzko. Książki zdawały się grobem, takim wielkim grobem ludzkiej myśli która zebrana nawet razem do kupy w tak wielką wierze ideii niestety nie była w stanie pomóc temu co tkwiło w głowie kobiety. Wstała i rzuciła się do biurka, gdzieś na nim obok komputera znalazła telefon. Zaczeła pisać wiadomość.


Gdzieś w środku wielkiej białej zimy pośród drzew i bezkresnego śniegu przez powietrze przeleciał huk. Jednym kopnięciem nogi mężczyzna wyważył drzwi do starej drewnianej chaty. Wbiegł do środka. Był opatulony w ubrania. Z jego ust unosiła się para świadcząca o silnym mrozie w koło. Chatka była mała. Nikogo tam nie było. W rogu pokoju w ścianie wmurowany był kominek z cegły. Mężczyzna rzucił się w jego kierunku. Wygiął się i zaczął zdjemować plecak. Jego ruchy wskazywały że musiał być cały przemarznięty. Jego ręce nie zginały się naturalnie lecz przypominały takie które są opatrzone gipsem. Wysypał wszystko co miał z plecaka. Gdzieś pomiędzy kluczami, latarką, kompasem i innymi rzeczami znalazł zapałki. Mężczyzna jednym ruchem ręki wyrwał kartki z leżącej na podłodze książki, wyrwał z niej kartki, pozginał je i wrzucił do kominka. Jednym ruchem odpalił zapałke i wrzucił tuż za kartkami pełnymi myśli. Zapaliło się. Wyrywał garściami kolejne kartki i dorzucał. Za nimi wrzucił kawałki drewna jakie znalazł przy kominku. Ogień zaczął buchać.



Białe włosy kobiety przeplatały się z jej dłonią kiedy ta co chwile wędrowała w kierunku twarzy. Blada dłoń, z rumieńcem na środku , cała lśniła. Na dłoń spadały co chwile krople łez, spadały by opaść kiedy dłoń ocierałą nos. W pokoju w którym siedziała rozchodził się dźwięk smutku, głębokiego smutku. Spadające łzy  którym towarzyszył dźwięk szarpanej duszy odbijał się od ścian tworząc wąwuz smutku. Kobieta podniosła się z krzesła. Była ubrana w czerwony sweter z wełny. Na nogach miała długą czarną spudnice. Wysuneła noge i podeszła do regału z książkami. Swój wzrok zaczeła powoli przesuwać z książki na książke. Regał był wysoki, miał ponad dwa metry. Było tam kilkanaście pułek z książkami. Kobieta zbliżyła się jeszcze bardziej. Łzy przestały kapać. Na jej twarzy pojawił się wyraz walki i nadzieji.  Jej dłonie dotykały kolejnych książek. Jej palce suneły po nich w tempie jakim czytała ich tytuły, przeszukiwała jedną za drugą.


Słoneczny ranek obudził mężczyzne. Na podłodze leżały rozsypane rzeczy, w kominku powoli przygasało. Mężczyzna praktycznie nie spał dorzucając drwa. Pozbierał wszystko do plecaka. Podniósł się. Na podłodze leżała porwana w strzępy książka. Popatrzył na nią i z uśmiechem wyszeptał sam do siebie - nie wiem o czym byłaś, bo Cie nie przeczytałem, ale uratowałaś mi życie, zabieram Cie ze sobą na pamiątke! - podniósł porwane resztki książki, wrzucił do plecaka po czym odwrócił się i wyszedł.



Z wielkiego białego monitora biło światło wprost na twarz kobiety, która siedziała i jak dało się słyszeć udeżała w klawiature. Na nosie miała okulary. Pisała list. Na ekranie pojawiały się kolejne litery, które układały się w słowa , a te w zdania. Całość była skierowana jak dało się wywnioskować do jej matki.

".....siedze sama w domu. Mam zamiar zająć się pisaniem dzisiaj. Kris pojechał w góry, ma wrócić za tydzień. Pojechał polować z aparatem na  sowe , nawet nie napisze Ci jak ona sie nazywała. Gneralnie zostało ich kilka na świecie. Jeśli mu się uda to dostanie za nie fortune za jej zdjęcia...."
Dźwięk klawiszy rozchodził się po pokoju , w tej właśnie chwili między klawisze wdarł się pisk dzwonka telefonu. Dziewczyna aż podskoczyła. Na wyświetlaczu widniał napis - Mama. Odebrała. Jej blond włosy cofnęły się do tyłu kiedy dłoń z telefonem znalazła się przy uchu. - Nie uwierzysz Mamo ale właśnie pisałam do Ciebie maila, chyba telepatycznie się połączyłyśmy! - Zielone oczy kobiety nagle zrobiły się małe, kiedy jej powieki się rozszerzyły. Chwila się zatrzymała, dziewczyna przestała oddychać. Sekundy udeżały w nią niczym kule armatnie rozbijające mury twierdzy życia w jej głowie. W słuchawce nie było głosu jej matki, ale męski głos. Głos powoli i cicho mówił o Matce. To był jej ojciec. Dzwonił aby powiedzieć, że jej Matka właśnie zmarła.



Czarna droga ciągneła się przez las niczym magiczna alejka, alejka życia. Po jej bokach usypane były wielkie sterty śniegu. Z jednej z nich właśnie opsypał się śnieg poruszony przez mężczyzne który wychodził z lasu. Mężczyzna stanął na drodze i optrzepał się. Skakał próbując zrzucić z siebie śnieg który pokrywał całą jego postać. Rozejrzał się w koło, spojrzał na niebo i ruszył. Szedł drogą kilka godzin kiedy nagle się zatrzymał i odwrócił, w oddali zobaczył światła. Po chwili siedział już w autobusie i jechał zostawiając za sobą coraz dalej skarpe śniegu przez którą wyszedł. Patrzył przez okno, śnieg przytłączał drzewa, które uginały się niczym tragaże niosący ładunki. Mężczyzna odwrócił wzrok na swoje nogi. Pomiędzy nimi stał jego plecak. Otworzył górną część I wyjął  z niej plastikową reklamówke. Zaczął ją rozwijać, a kiedy skończył włożył do niej ręke i wyjął telefon. Wcisnął przycisk i czekał aż telefon się włączy. Na oknie autokaru odbijała się twarz mężczyzny, dało się dostrzec że była ona uśmiechnięta i szcześliwa.


- wiesz Mamo pytasz mnie dlaczego chce je zrobić?. Powiem Ci. Robiłam to od wielu lat, ale niedawno zrozumiałam prawdziwy sens tego czym one są. Po rozmowie z Babcia , siadłam i zastanawiałam się nad nimi. Doszłam do wniosku , że Babcia ma racje. Dlatego chce Ci coś powiedzieć. Nigdy Ci tego nie mówiłam, zawsze byłam zła na Ciebie choć nigdy nie wiedziałam za co. Nie mówie Ci tego z litości bo jesteś chora na raka, nie mamo. Mówie Ci bo to czuje, bo to jest najważniejszy moment w moim życiu i chce abyś to wiedziała. Mamo kocham Cie najbardziej na świecie i to się nigdy nie zmieni. A tą chwile będe zawsze pamiętać tak jak tą z Babcią. Kocham Cie - przez twarz kobiety przelały się łzy. Młoda dziewczyna pochyliła się nad łóżkiem starszej kobiety.


W czerwonych , popękanych od mrozu dłoniach świecił się małym światełkiem czarny telefon komórkowy. Mężczyzna wielkimi palcami zaczął wstukiwać kolejne przyciski. Jego twarz promieniała radością. Klikał bardzo szybko, w jego oczach odbijały się jego myśli, wprost z ekranu jego telefonu - "Kochanie! Widziałem ją, mam zdjęcia!" - zaraz po nich pojawił się komunikat "Wysłano".



Młoda dziewczyna wyciągneła z torebki aparat fotograficzny. Jej palce zaczeły dotykać małych przycisków i pokręteł. Odwróciła się nagle w kierunku starszej kobiety i wycelowała w nią obiektyw. Kobieta nawet nie zdążyła się uśmiechnąć. Kiedy dźwięk aparatu w ciągu sekund oznajmił, że zdjęcie właśnie zostało zrobione starsza kobieta powiedziała:
- Wnuczko. Mój mąż, a Twój Dziadek zrobił tysiące zdjęć. Kiedy leżał w łóżku już bardzo chory, poprosił mnie abym przyniosła mu pudełko ze zdjęciami które zrobił swojemu dziadkowi. Wyjął jedno i powiedział do mnie, że zdjęć powinno robić się jak najmniej. Pokazał mi wtedy zdjęcie swojego Dziadka, było bardzo nie wyraźne, nie profesjonalne, popatrzył na mnie i powiedział. - Spójż na to niewyraźne zdjęcie. Mam z dziadkiem setki pięnych zdjęć, rozmawiałem z nim tyle razy robiąc piękne zdjęcia, ale pamiętam okoliczności tylko tego jedno zdjęcia. Tak wiele razy nie przywiązywałem uwagi do tego co mówił, co razem przeżywaliśmy. Myślałem, że to wszystko zostanie na zdjęciach. Nie zostało. Gdybym mógł cofnąć czas, zrobiłbym tylko to jedno, tylko to kiedy go słuchałem z uwagą i nie ważne czy byłoby piękne czy nie. Zdjęcia mają służyć temu aby kiedyś móc przywołać wspomnienia. - Tak więc kochana wnuczko, zachowaj to jedno zdjęcie i zapamiętaj naszą rozmowe. Kiedyś po latach będziesz mogła na nie spojrzeć i przywołać tą chwile. Rób zdjęcia chwil, które są piękne, tylko one są ważne, do tych kiedyś będziesz chciała wrócić, tylko one Ci zostaną kiedy Ci których kochasz odejdą.



Mężczyzna skierował ręke do kieszeni. Przed sekundą poczuł jak jego telefon wibruje. Wyjął go. Odblokował klawiature. To była wiadomość sms. Jego uśmiechnięta twarz powoli zaczeła stygnąć. Jego oczy zrobiłi się małe przy powiększających się powiekach. Zamarł. Jednym ruchem ręki odłożył telefon i zaczął grzebać w plecaku. Wyciągnął z niej porwanął z niszczoną książke. Otwierając jej strzępy widział jak do telefonu przychodzą kolejne wiadomości.





poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Może być mi ciężko zasnąć

Otworzyłem oczy. Była noc. Telepałem się cały z zimna. Wiatr smagała kartkami papieru po ulicy, a ja siedziałem gdzieś pomiędzy ścianą a plastikowym koszem na śmieci. Na oko było jakieś -10 stopni. Telepałem się, ale to już nie robiło mi wielkiej różnicy. Przywykłem do tego stanu przez ostatnie kilka lat. Bycie bezdomnym nie jest łatwe, nie jest przede wszystkim dla ludzi.

Pamiętam pierwsze dni kiedy wszystko rzuciłem. Nie było łatwo przyzwyczajić się do totalnego dyskomfortu. Nie łatwo było zabić w sobie resztki złudzeń.

Pamiętam, że kiedy miałem 30 lat byłem świadom, że ludzie których kocham umrą pewnego dnia. Pamiętam, że dzwoniłem , spotykałem się, chiałem przeżyć z nimi chwile, chciałem by wiedzieli że ciesze się możliwością współistnienia z nimi. Wydawało mi się to ważne, ważne by przeżywać to wszystko by cieszyć się tym że są i by wykorzystać każdą chwile na to by żyć. Tak właśnie myślałem i tak robiłem.

Kiedy pewnego dnia zmarł mój dziadek uświadomiłem sobie, że wszystko co nas łączyło , wszystkie chwile znikły razem z nim. Nasze przeżycia, chwile kiedy razem cieszyliśmy się i przeżywaliśmy to wszystko znikło razem z nim. Tak samo wszystko znikło kiedy zmarli moji rodzice. Wtedy dopiero uświadomiłem sobie czym jest samotność. Uświadomiłem sobie jak wielkim głupcem byłem twierdząc , że jestem samotny kiedy oni wszyscy byli w koło, byli a ja szukałem siebie. Umarli wszyscy, rodzina, przyjaciele. Wszyscy których znałem, z którymi miałem fotografie w głowie.

Siedząc w tym mrozie i telepiąc się z zimna zobaczyłem , że jest pięć minut po północy. Uśmiechnąłem się pod nosem. Dokładnie 92 lata temu w budynku pod którym siedziałem przyszedłem na świat. Nie pamiętam tego dnia, nie pamiętam już wielu chwil z mojego życia. Pamiętam tylko ludzi. Wiem , że byli, nie potrafie już dokładnie opisać co nas łączyło, ale wiem jedno, wiem że ich kochałem. To taki paradoks, że całe życie myślałem czy się nie zabić, nie raz śniłem o własnych pogrzebie gdzie przychodzą wszyscy których kochałem by mnie pożegnać , a teraz ja sam zostałem. Sam, każdy człowiek jest mi obcy. Nie ma nikogo kto pochyli się i powie że cieszy się , że mnie widzi. Czy to już jest samotność ? Czy tym jest właśnie życie, lekcją która uczy nas aby nie być w życiu niczego pewnym ?

Przez ostatnie kilka lat jako bezdomny miałem dużo czasu, odwiedziłem wszystkich znajomych, z nikim jednak nie mogłem zamienić słowa, wszyscy mówili do mnie jedynie swoimi datami zgonów iż jest już za późno by powiedzieć co myśle. Na części pomników widniały zdjęcia ludzi, część z nich zrobiłem ja. Patrząc na nie przypominałem sobie chwile, dokładnie te kiedy te zdjęcia były robione. Nikt nie myślałem , że to właśnie ujęcie będzie tym , które zostanie do dnia aż ktoś o nas zapomni i zburzą pomnik.

Nad moją głową świeciła się latarnia. Z kieszeni wyjąłem notatnik. Stary brudny mały notes miał na końcu jeszcze kilka pustych kartek. Otworzyłem jedną z nich. Wyjąłem długopis. Nie chciał pisać, rozmazałem go, zostawił ślad. Na białą kartke kapnęła łza.

Kochana Mamo. Już nigdy Cie nie spotkam, nie szkodzi. Ja przez całe życie szukałem lustra które by mi pokazało czym jestem. Nigdy go nie znalazłem. Mija 92 rocznica jak mnie urodziłaś, i dziś przyznaje się, że Ty rodząc mnie w jednej chwili uczyniłaś więcej niż ja przez całe swoje życie. Wierzyłaś w Boga, ja nie, ale wierze, że się nie myliłaś. Wierze, że jesteś tam gdzie świadomość osiąga spokój. Dziękuje Ci za to życie. Całe życie poświęciłem by zrozumieć po co się urodziłem, odchodze ze spokojem. Wiem , że to co pisze wiesz bo gdzieś istnieje to czym byliśmy tutaj. 

Schowałem notes. I to był ostatni moment jaki pamiętam. Później zaczął sypać śnieg. Zrobiło mi się jakoś dziwnie ciepło i zasnąłem. Obudził mnie powiew zimnego wiatru. Otworzyłem oczy, nademną stała jakaś kobieta i brała mnie na ręce. Próbowałem sobie przypomnieć kim jestem. Próbowałem myśleć ale nie umiałem. Patrzyłem na nią , a ona się uśmiechała. Zasnąłęm znowu.  

czwartek, 11 kwietnia 2013

Kontakt z obcą cywilizacją.

Jest rok 1400. Otwieram palimpsest. Czytam:

"Przetransferowałem na Twoje konto mega danych. Rozpakuj plik i skompiluj kod. Wyświetli Ci sie portal. Zaloguj się przez okno z napisem Certyfikat Autentyczności, login i hasło to pochodne po 435345345435x oraz 753452389x. W bazie danych znajdziesz swój klucz. Uzyj go do otwarcia poczty elektronicznej i zainstaluj pakiet aplikacji."

Taki oto właśnie list mógłbym dziś wysłać sobie w tamte czasy. Co bym z niego zrozumiał ? Czy dlatego nie ma sensu czekać na kontakt od obcych cywilizacji ? A może należałoby wysłać im encyklopedie matematyki ?

nie wiem

Tak się zaczyna to o czym myślę

Ciemny pokój. Siedzi w nim człowiek z 30 wieku ma na imie Adolf. Adolf pięć minut temu stał przed niebieskim budynkiem. Zdjął z szyji rzemyk na którym wisiał czerwony kwadrat. Adolf kucnął i schował rzemyk pod niewielkim kamieniem leżącym przy drodze. Po czym wstał i wszedł do budynku. W tym czasie w 30 wieku, wszelka wiedza jest transferowana do głowy człowieka w ciągu sekund. Ten człowiek w ciemnym pokoju posiada wszelką wiedze jaką ludzkość zdobyła. Adolf przy użyciu nanodrukarki tworzy w ciemności kopie człowieka. Kopie siebie samego. Daje mu na imie Karol. Uruchamia w nim życie. Karol budzi się. Na nasze oko ma 30 lat. Nie posiada jednak żadnej wiedzy. Nie wie co czuje. Znajduje się w totalnej ciemności i ciszy. Czuje coś ale nie wie co, nie wie że jest skrępowany bo nie wie nic. Ma pusty umysł. Panuje cisza , ciemność. Żadnych myśli. Pustka.

Za drzwiami pomieszczenia wieje wiatr. Śpiewają ptaki. Świeci słońce. Jest ciepło.

Adolf uruchamia procedure, która aktywuje kod za minute. Kładzie się na łóżku obok. W jednej sekundzie procedura ładuje wiedze do głowy Karola, w tym samym momęcie zapala światło i unicestwia Adolfa czyszcząc jego cały umysł.

Karol wychodzi z pomieszczenia. Staje przed niebieskim budynkiem. Idzie kilka kroków. Zatrzymuje się. Przelatująca wrona mija mężczyzne, w jej oczach da się dostrzec jego postać. Widać Karola który wiesza sobie na szyj rzemyk.

środa, 10 kwietnia 2013

W życiu może zdażyć się wszystko, warto o tym pamiętać.

W maju 2011 odkryłem BitCoin. Pisałem sporo o tym, zaangażowałem się w wydobycie. Skupowałem Bitcoiny. Skupowałem je przez 2 lata. Nazbierałem kilka tysięcy sztuk. Robiłem potężny research na ten temat. Czytałem książki aby zrozumieć tematy z tym związane. Spisałem zeszyt notatek i przemyśleń. Wykreśliłem cene na poziomie kilku tysięcy dolarów. To co piszą na forach ludzie to jedno, ale kiedy poczytasz historie spekulacji finansowych, kiedy zrozumiesz psychologie tłumu, kiedy pojmiesz o czym pisał Tofller to wszystko układa się w całość. Masz kawałki i musisz je poukładać , jeśli zrobisz to przed innymi Ty wygrywasz. Jak na obrazku.



Kiedy je skupowałem myślałem ideologicznie. Kiedy jednak powstała wartość mierzona możliwościami stalem się spekulantem. Sprzedałem się. 

Pamiętam jak dziś wrzesień 2011 roku kiedy jechałem tramwajem i patrzyłem na ludzi myśląc "Biedni nie wiecie co nadchodzi". Ustaliłem sobie, że zainwestuje kilka swoich pensji i zaryzykuje, byłem pewien że się nie myle. Zainwestowałem i zostawiłem to.

I tutaj moja pierwsza lekcja.

Przeglądaj swoje notatki często

Mój balon emocji został dotknięty. Policzyłem w pamięci ile właśnie zarobiłem i w styczniu sprzedałem wszystko. Nie chciałem dalej ryzykować, wyszedłem z dużym zyskiem.

Tutaj druga lekcja.

Jeśli to czym ryzykujesz nie jest dla Ciebie ważne, idź na całość.

Sprzedałem i wtedy Bitcoin zaczął rosnąć. W chwili obecnej posiadałbym milion.

dolarów. 

Wróciłem do domu. Usidałem i otworzyłem okno. W okolicach serca zaczeło dziwnie piec. Piecze coraz bardziej z każdym dniem kiedy cena rośnie.

Zadałem sobie inne pytanie:

Po jakiej cenie bym sprzedał ? Czy umiałbym zasnać kiedy kosztowały 150USD ? Odpowiedź brzmi NIE. Sprzedałbym pewnie przy 100USD.

Powstało pytanie jak więc bym sie zachował ? Gdybym wiedział , że mam 100.000 USD wyszedłbym, i.... no właśnie to kolejne pytanie

Siedze dziś za klawiaturą, tą samą kiedy pisałem o Bitcoinach dwa lata temu. Nie obwiniam nikogo za błąd, nawet siebie. To droga lekcja. Ból wynika ze świadomości, że...nie wiem z czego wynika... ale wiem żę mógłbym ułatwić życie wielu osobom i sobie, nie pisałbym kodu za pieniądze tylko z pasją coś tworzył, coś co ma sens, zebrałbym kolegów z pasjami i moglibyśmy wykorzystać potencjał by tworzyć. Otworzyłbym małą szkołe dla dzieciaków, zebrał ekipe mądrych ludzi i uczył dzieci za darmo rzeczy których w skzole się nie nauczał. Nie zrobie tego.

Nie zrobie wielu rzeczy po za jedną. Teraz moge sobie zadać pytania o których wcześniej nie miałem pojęcia. Spisze je niebawem, bo ból jest nie do zniesienia. A jego geneza bardzo ciekawa.

Czuje sie jak we śnie. Pamiętam chwile kiedy spisywałem notatki, przemyślenia i wnioski. Kiedy byłem pewien, że to pójdzie w końcu w góre. I co ? I nie czytałem ich później , leżą gdzieś na stercie z innymi przemyśleniami.

Omineło mnie bogactwo. Jestem ciekaw co napisze na ten temat za dwa lata. Jakie wnioski wyciągne.

Jedno jest pewne. Ten moment uświadomił mi , że jako postać społeczna w tym systemie mam potencjał do czegoś więcej niż pisania kodu za pieniądze.