niedziela, 25 listopada 2012

moimi oczyma

taka historia zrodziła mi się w głowie.

Stałem w wyjściu z mieszkania. Obok mnie drzwi. Podniosłem wzrok. Patrzył na mnie. Stał na wprost mnie i patrzył prosto w moje oczy. Nie miał wyrazu twarzy, był jak mgła , niby prawdziwy a jednak przeźroczysty. Jego ciemne oczy jak niebo nocą pochłaniały mnie całego. Przez ułamek sekundy widać było opadające powieki które dosłownie z mgnieniem oka uniosły się ponownie. Kątem oka dostrzegłem kogoś machającego rękami. Obróciłem się w lewo. Obok mnie na wyciągnięcie ręki stała młoda dziewczyna. Krzyczała. Wszystko wydawało się trwać wieki. Nim jej słowa dobiegły do mnie mineła wieczność. Poczułem jakiś nieopisany ból. Patrzyłem na nią. Jej rozpalona złością twarz skierowana była na mnie. Krzyczała przeokrutnie. Nagle wsunąłem ręke do kieszeni i wyciągnąłem z niej aparat. Było mi gorąco, ona wciąż krzyczała, paliła się złością. Wycelowałem aparat w jej twarz. Wraz z fleszem aparatu mój słuch wynurzył się z głebi morskiej i usłyszałem tylko

- Wypierdalaj z mojego życia! Słyszysz! Nie chce Cie kurwa widzieć!

Nigdy nie rozumiałem jak można sprawiać innym tyle przykrości, jak można ich tak traktować. Przecież ludzie czują, widzą, przeżywają. Moje oczy przewędrowały po podłodze i dostrzegłem swoją dłoń która naciskała na klamke. Wyszliśmy. Ja i chłopak o ciemnych oczach. Szedł za mną. Nic nie mówił. Nie widziałem go. Na dworze padało. Szliśmy, moje okulary były lekko przybrudzone, zdjąłem i je przetarłem. Idąc odwórciłem się do niego. Uśmiechnął się. Patrzył na mnie. Zatrzymał się i w natłotu słów zrozumiałem jedno zdanie

- Dalej musisz iść sam, ja wracam do niej.

Jak zawsze zostawałem sam kiedy miałem problemy. Ludzie pojawiają się i znikają, ale kiedy potrzebujesz porozmawiać o swoich największych problemach, kiedy jesteś ich prawie świadom pozostajesz sam ze sobą. Poczułem znów ten ból i wyjąłem aparat, flesz odbił się od jego twarzy. Zrobiłm mu zdjęcie.

Odwórciłem się. Nie czułem potrzeby z nim rozmawiać. Ruszyłem przed siebie. Chwile potem stałem na przystanku. Wszystko było w tej mgle. Kiedy przyjechał autobus niczym narkoman w transie wsiadłem powolnym krokiem do środka. Na wprost mnie siedziała kobieta w średnim wieku. Miała białą czapke, głowe opierała o szybe. Czułem się jak we śnie, nie do końca pewny czy może za chwile się nie obudze. Położyłem ręce na kolanach. Patrzyłem na swoje pomarszczone już lekko ręce.

- Dlaczego nam to robisz ? Dlaczego niszczysz to co stworzyliśmy ?

Podniosłem głowe. Ta kobieta mówiła do mnie. Patrzyła na mnie i mówiła. Teraz dopiero ją rozpoznałem. Przez ułamek sekundy przeleciała mi myśl, że naprawde śnie skoro nie rozpoznaje tak znajomej twarzy. Jak mogłem jej nie rozpoznać kiedy wsiadałem ? Nigdy nie mogłem zrozumieć jej postawy, niby widywaliśmy się bardzo często a jednak zawsze rościła sobie do mnie pretensje. Dlaczego zawsze mnie obwinia za jej problemy ? To nie jest moja wina , że jej nie wyszło.

- Czy możesz w końcu przestać się wygłupiać i porozmawiać z nami poważnie ? - zapytała.

Milczałem. Zawsze milcze, ogólnie jestem małomówny, bo kiedy się wdaje w rozmowe przytłaczają mnie. Wchodzą mi na głowe jak jakieś demony i nie moge dojść z nimi do porozumienia. Boje się ludzi, trudno czasem zgadnąć któzy są prawdziwi a którzy udają , którzy są aktorami.  Nie wiem dlaczego znowu to zrobiłem. Kiedy ja wyciągałem aparat ona podnosiła coraz bardziej głos krzycząc kolejne niezrozumiałe zdania. Autobus hamował. Otworzyły się drzwi, a w raz z nimi rozbłysł flesz, zrobiłem jej zdjęcie i wysiadłem. Krzyczała, ona kolejna na mnie krzyczała. Przyśpieszyłem i pobiegłem. Autbous mnie mijał a ja biegłem. Odebrałem telefon. To mój przyjaciel. Powiedział, że jest w centrum i chce się spotkać. Chwile później siedziałem z nim na ławce. Karmiliśmy gołębie.Opowiedziałęm mu co się wydażyło. Powiedział, że to nie moja wina, że wszystko się poukłada tylko musze dać sobie czas.

- Jak się czujesz ? Zapytał

Popatrzyłem mu w oczy, zawsze czułem spokój i ta tajemniczość kiedy patrzyłem na niego. Taki niby najlepszy kumpel ale nie wiesz nigdy co siedzi w jego głowie. Uśmiechnąłem się lekko i odwróciłem głowe. Chyba zrozumiał. Wyjąłem aparat i zapytałem czy chce zobaczyć zdjęcia które zrobiłem. Oglądał je, a ja karmiłem gołębie. Nic nie mówił. Kiedy mi go oddał wstałem. Ruszyłem w kierunku małej fontanny na wprost nas. Postawiłem na niej aparat i ustawiłem samowyzwalacz który miał zrobić nam zdjęcie po kilku sekundach. Usiadłem obok przyjaciela. Położyłem ręke tuż za jego plecami. On siedział z nogą założoną na noge, w pozycji która mnie zawsze irytowała u mężczyn. Nagle ktoś nadbiegł. Jakiś chłopak pędził chodnikiem. Podbiegł i chwycił aparat.

Gołębie zerwały się w powietrze. Nad placem rozniósł się trzepot ich skrzydeł, unosił się w góre równie szybko jak oddalał się biegnący chłopak. Na placu pozostali przechadzający się ludzie. Cisza.

Kiedy otworzyłem oczy było ciemno. Za oknem padał deszcz. Leżałem na łóżkuu. Nie pamietam jak się tu znalazłem. Miałem na sobie białe buty. Buty. Białe buty. Takie same jak biegnący chłopak. Leżałem w swoim łóżku w butach?! Podniosłem się. Na podłodze leżał aparat. Podniosłem go. Nie czułem zmęczenia. Czułem się dobrze, jak kiedyś. Jak gdyby coś ze mnie spadło. Odwróciłem aparat. I spojrzałem na wyświetlacz.

Zerwałem się. Pobiegłem do lustra. Spojrzałem w nie. Nie wiem czy można opisać lęk kiedy widzisz siebie i nie wiesz kim jesteś. Spojrzałem jeszcze raz na aparat. Przewijałem zdjęcia.

Na pierwszym z nich widze tą samą osobe którą teraz w lustrze , jest zła, krzyczy, macha rękami. Na drugim ta sama osoba, stoji uśmiechnięta na ulicy. Na kolejnym też twarz z lustra, w autobusie w białej czapce, oparta o szybe. Na następnym siedzi sam na ławce z nogą założoną na noge. Podnosze głowe , patrze w lustro, widze twarz ze zdjęć. Czuje ból. Ramy lustra znikają. Przedemną stoji chłopak. Stoji na wprost mnie i patrzy mi w oczy.... jak przez ściane słysze jak ktoś do mnie zaczyna krzyczeć

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz