piątek, 18 maja 2012

I nagle zlatują się ptaki. Niebieskie.

nawet nie wiem jaki jest dzień. nie pamiętam już zbyt wiele. moja głowa przechyla się na lew bok. boli. boli potwornie. widze przesuwające się chmury nad koronami drzew. chciałbym podnieść ręke i otrzeć oczy. widzieć wyraźniej. nie dam rady , nie podniose jej. wszystko potwornie boli. czuje jak mały robak zaczyna wspinać się po mojej twarzy. idzie po policzku. dochodzi do nosa. czy to będzie kolejny który mnie skatuje ? nie zastanawiał się nawet i wszedł do mojego nosa. to dziwne uczucie , dość nieprzyjemne. przypominam sobie jak kiedyś wyobrażałem sobie , że będe umierał w łóżku. też sam, ale miało być jakoś kurwa wyjątkowy. puściłbym sobie muzyke i umierał w dobrym nastroju. ale życie samo się pisze. Zamknąłem na chwile oczy, w zasadzie to same się zamknęły. przed oczami zobaczyłem obraz moich rodziców. Siedzieli uśmiechnięci przed domem razem. Żartowaliśmy. Podbiegł mój brat i przyszła siostra. Słońce świeciło na niebie. Przybiegł mój pies Hektor. Otworzył paszcze i potwornie mnie ugryzł. Obudziłem się. Otworzyłem oczy. Potworny ból roztaczał się gdzieś w okolicy żąładka. Był nie do zniesienia. Moje usta rozchyliły się. Chyba same, pewnie chciały wypuścić robaka, który szukał wyjścia nie mogąc znaleść żadnego jedzenia. Jak miał niby je znaleźć w czymś takim jak ja. Ja już sam nie nadawałem się na jedzenie. Byłem jedynie myślą, która krzątała się gdzieś resztkami sił gotowa za chwile odlecieć nie wiadomo gdzie.

Leżałem i widziałem różne obrazy. Co chwile mieszały się one z tym co było w koło mnie. Musze przyznać, że pogoda w ostatnich dniach dopisała. Mogłem wyczołgać się z namiotu i położyć sobie posłanie na trawie. Dzięki temu oglądałem niebo za dnia a noca gwiazdy. Jeszcze nie wiedziałem, że to ostatni raz, ale obróciłem głowe do góry i patrzyłem na chmury. Wszystko potwornie bolało. Zagłodziłem się tak jak tego chciałem. Przyszedłem tu spotkać coś co każdy spotkać musi. Chciałbym tam wejść z włąsnej woli a nie z przymusu. I oto jestem. Boli jak diabli. Ciało potrafi walczyć o życie do końca. Każdy mały jego kawałek krzyczy do ostatniej chwili. Krzyczy pomóż, chce żyć! Boli....Moje myśli....Moje myśli się gubią.....Gubią się....Co się.....


? Powstaje pierwsza idea. To ja ? Ja ? Ja co ? Chce powiedzieć, że jest ciemno ale nie wiem jak to wyrazić. Nie czuje nic i nic nie wiem. Nawet nie czuje że to ja. Jest niezimno, jest nieciepło. Nie da się niczego opisać, jest nijak. Widze starca. Widze go wyraźnie. Siedzi na ławce. Kurwa to mój Tato! Ma jakieś 70 lat. Patrzy w niebo. Otaczam go. Nie wiem jak to wyrazić, ale widze go z wszystkich stron. Widze go z bliska i z daleka. Sięga ręka do kieszeni spodni i wyciąga papierosa. Zapala go, puszcza dym i patrzy przed siebie. Nagle jestem w szkole podstawowej. Mam 8 lat. Komisja przed szkołą wywołuje mnie abym odebrał nagrode dla jednego z pięciu najlepszych uczni. Wracam z dyplomem a mój Tato chwyta się za głowe i uśmiecha. Teraz ja tam stoje. Stoje w miejscu gdzie on stał. Rozglądam się ale nic nie ma. Nie widze nikogo. Jest zupełnie pusto. Ani żywej duszy. Patrze na zegarek. Wskazuje date tego samego dnia kiedy odbierałem nagrode. Nikogo tam nie ma. Znowu pustka. Znowu nie ma nic. Nicość.

Widze latające na niebie ptaki. Trzy. Pięknie krążą. Lecą ku słońcu. Ja unosze się obok nich. Wszystko się zatrzymuje. Chmury stanęły, słońce zatrzymało swój bieg. Fale na jeziorze stoją. Zbliżam się do ptaków. Widze je teraz z bliska. To trzy gołębie. Patrzą na mnie i słysze je. Pytają dlaczego wtedy kiedy byłem mały wziąłem siekiere i obciąłem im głowy ? I znowy nicość. I znowu ja. Stoje z tą siekierą w lesie. Wszędzie do okoła mnie są ptaki. Małe w swoich gniazdach. W koło mnie słychać krzyki. Wszystko krzyczy "Nie ma cie". Bezczucie mnie ogarnia z każdej strony".


I znowu ciemność. Ale tym razem jest zimno. Rozglądam się za mną widze ludzi, światła auta. Wracam wzrokiem przed siebie. Widze tego człowieka. Leży tam na drodze. Kończy oddychać. Słyszy mnie. I nagle wlewam się w niego niczym woda w lejek. I widze siebie jak stoje. Jak patrze i mówie "on już nie żyje". I czuje jak robi mi sie nijak. I znowy znikam. Nie ma mnie znowu.


Otwieram oczy i stoje na pustyni. Złoty kolor piasku pali w oczy. Nademną słońce. Nie jest gorąco. Jest dalej nijak. Nagle spada wielki przeogromny kamień. Wprost przedemną. Wielki jak dom. Ziemia drży. Tumany piasku unoszą się. Zakrywam oczy. Nie czuje go, nie czuje nic. Nadal nicość. Podchodze do niego. Wyraźnie widze napisy na nim. Podchodze bliżej. Czytam:
"Oto ja. Myśl. Myśl Twoja i tylko Twoja. Myśl, która powstała z doświadczenia. Myśl, która dotykała innych myśli. Myśl , która chciała się złączyć. Myśl, która pytała".
I nagle zlatują się ptaki. Niebieskie. Wszystkie , a ich oczy krwisto czerwone. Siadają na kamieniu i zaczynają dziobać. Z tego co udziobią zaczynają kapać krople wody. Krople jedna po drugiej spływają na piasek. Każda z nich gdy udeży rodzi rośline. Ja stoje w nicości. Rośliny wzrastają jedna za drugą. Już stoje na nich. Otaczają mnie. Rodzą się nowe. Stare umierają. Złoty pisaek zamienia się w czarną ziemią. A moje nogi ? Moje nogi nadal stoją, a pod nimi nowe rośliny się rodzą. Ptaki dziobią. Bezustannie. Żaden się nie starzej i żaden nie umiera. A krople lecą. I gdzie już nie spojrzeć widać zieleń. Podchodze bliżej. Patrze na kamień. Widze jak na nim jak na wodzie fale powstają. Tylko, że to fale słów, myśli. Przmieszczają się po nim. Z jednego końca na drugi. Lepią jakieś słowa. Większość niezrozumiała. A ptaki dziobią. Słysze krzyki. Zbliżam ucho do kamienia. Słysze je ze środka. Tak dokłanie. Z kamienia dobiegają krzyki:
- Chcę !
- Pragnę !
- Moje !
- Ja !
Słowa wciąż falują. Ptaki dziobią. I nagle ja staje się jakiś mały. Kamień staje się coraz większy. Nagle mały robak staje się wielki. Zatrzymuje się przedemną. Chyba patrzy. Jest nijak. Otwiera swoją paszcze i robi się ciemno. Nie ma mnie. Nicość.

Jest błysk. Stoję w jakimś białym pomieszczeniu. Przede mną kilka osób. Biegają w koło mnie. Jedni z pędzelkami inni z błyszczącymi tarczami. Jeden człowiek robi mi zdjęcia. Uśmiechają się. W nicości nic nie czuje. Nie czuje czy jest mi dobrze czy nie. Nie czuje się specjalnie. Obserwuje. Pokazują mi gestami aby kucnął. Robię to. Kolejne błyski. Robią mi wiele zdjęć. Nagle ściany zamieniają się w pokój w którym wisi masa ramek ze zdjęciami. Zniknęli wszyscy ludzie. Rozglądam się ale jestem sam w tym pięknym domu. Podchodzę do jeden z ramek. Patrze i nie wierze. Na zdjęciach jest prześliczna kobieta. Wiem , że to jestem ja. Podchodzę do drugiej ramki, tam znowu ja! Na wszystkich jestem ja. Piękna kobieta. Piękne ciało, usta bogini, oczy niczym czarne dziury dla męskiej materii. Odwracam się , w końcu pokoju widzę lustro podchodzę. Patrze, ale tam nic nie ma. Nie ma żadnego odbicia. Ciemność. Znowu znikam.


Widzę jak kolory przebiegają mi po oczach. Podnoszę głowe i widze lecące kolorow kartki. Patrze w dół. Siedze na wielkiej górze. Góra zbudowana jest z tych kolorowych kartek które latają po niebie. Każda na którą spojrze tylko przylatuje do mnie i wsuwa sie gdzies obok czyniąc góre coraz większa. Ci wszyscy ludzie w koło siedza na podobnych górach. Na stertach kartek, kolorowych kartek. Wstaje i próbuje zejść, ale nie moge. Zewsząd gdzie tylko nie spojrzę zlatują sie kartki. Ludzie w koło mnie krzyczą abym tego nie robił po spadne i sie zabije. Ciskają kartki pod moje nogi abym tylko nie zszedł. Kartki latają od jednego do drugiego człowieka. Patrze w dół a tam na samym dole przemyka jakaś postać. Idzie powoli. Ledwo ją widze tak jestem wysoko. Nagle w moje dłonie wpada kolorowa kartka, a na niej opis człowieka który tam idzie. Kartka mówi , że to człowiek który spadł z góry. Nie może już wejść na żadną , nie może już kupowiać kartek i przyciagac innych do siebie. Nie może bo stracił ta możliwość. Został sam, bez żadnych kartek. Ma tylko siebie. Puszczam kartke , którą trzymam. Zamykam oczy i rzucam się w dół. Nie czuje nic. Nicość mnie okryła. Nie czuje czasu.

Otwieram oczy. I widze siebie. Widze siebie w lustrze. Spływam po nim. Jestem małą kroplą. A w lustrze przeglądają się ludzie. Bo lustro stoji w środku wielkiego miasta. Przy ulicy którą chodzą różni ludzie. Patrza się na lustro i szukają siebie. A ja w sobie odbijam ich samych. I nie wiem czy widze siebie czy ich samych. Bo kogo widze, jeśli jestem kroplą na lustrze ? Czego moge doswiadczyc kiedy odbijam pragnienia tego świata i myśle, że żyje, kiedy tylko spływam po lustrze ?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz