wtorek, 29 maja 2012

to wystarczający powód aby marzenia nie wybiegły z głowy

rzecz nie w tym , że nie możemy. rzecz nie w tym , że możemy. rzecz w tym, że zaistniało pragnienie.


siedziałem w dużej wygodnej sofie. muzyka spokojnie unosiła się gdzieś między mną a ludźmi którzy przechodzili obok. oderwałem głowe od kartek. patrzyłem na starca, który powolnie sunął do działu historia. wtedy pojawiła się ona. dziewczyna z którą pracowałem. jej włosy to było coś w czym chciałem się zgubić. opuściłem głowe. nie chciałem prowokować spotkania. wystarczyło, że w pracy przebywała obok. chemia w czystym wydaniu. kiedy w biurze siadała obok mnie moje zmysły wchodziły w stan podwyższonej czujności. moje spodnie przestawały być wygodne. mój mózg tracił kordynacje nad gałkami wzrokowymi. nic między nami nie było. ona miała rodzine. to wystarczający powód aby marzenia nie wybiegły z głowy. kiedy przechodziła obok mnie. czułem się jak w extazie. czułem się jak bym się z nią kochał. nie wiem co mówiły jej oczy, ale kiedy spotykały się z moimi przeżywałem namiętność o jakiej można tylko śnić. wyobrażałem sobie jak spotyka sie ze mną w parku. jak kochamy się na kocu pod drzewem. nigdy jednak się nie spotkaliśmy.




- Cześć Kuba

Usłyszałem nad sobą. Przestałem fantazjować i podniosłem głowe. Ona stała przede mną. Zanim jej odpowiedziałem, przebiegło mnie kilka dreszczy. Mój nos zdążył odczuć jej obecność równie szybko jak oczy. Patrzyłem na nia i z uśmiechem się przywitałem. 

Weszliśmy do mojego mieszkania. Obiecałem jej pożyczyć książki. Puściłem ją przodem. Patrzyłem na nią z tyłu. Wyobrażałem sobie jak ją rozbieram.




- Nie zdejmuj butów jest ok.

Zaproponowałem jej wode. Poczęstowała się. Przyniosłem obiecaną książkę. Chwile rozmawialiśmy. Nagle rozmowa się skończyła. Stała akurat przy regale razem ze mną. Patrzyliśmy  sobie w oczy. Nie wiem jak to się stało. Poczułem jak się gotuje. Powoli zbliżyła się do mnie. Pożar! Pożar! Całujemy się. Czuje jej dłonie na moim karku. Czuje swoje dłonie na jej pośladkach. Czuje jak je ściskam. Co za pośladki. Przyciskam ją do siebie. Nasze usta plączą się jak oszalałe. Nasze języki oplatają się jak dłonie. Ścieramy się niczym kawałki metalu sypiąc iskry w koło siebie. Jest szał! odsuwa mnie od siebie i zrywa z siebie białą koszule. jej piersi delikatnie wylewają się ze stanika. są piękne. duże. gorące. jędrne. rozpina moją koszule. a ja stoje i patrze.

odlatujemy

klęczy przedmną. jestem na niej, w niej, ona podemną, na mnie. zawieramy się w sobie. nadzbiór namiętności. jej włosy fruwają w szaleńsczym ruchu. krzyczy! krzyczy głośno! ściskam dłonie na jej pośladkach. ja krzycze! głóśniej!

to jest szalone. to co się dzieje.

- Mogę się przysiąść Kuba ?
- Tak proszę.




piątek, 25 maja 2012

Live and die on this day

wybralem sie dzis na spacer na cmentarz. wrocilem po 5 godzinach. chcialem sprobowac zobaczyc to wszystko inaczej. nie ostro. bez kontrastow.
































wtorek, 22 maja 2012

wdychalem powiew czegoś co było ukryte

podszedlem do drzwi. otworzyly sie. w ciemnosci ktora panowala za nimi widac bylo tylko zarysy sylwetki. wszedlem i drzwi za mna sie zatrzasnely. szedlem przodem. nie wiele myslalem. żadko kiedy mogłem tam myśleć. swiatla byly zgaszone. prawie wszystkie. tylko jedno male, delikatne swiatelko rozswietlalo koniec pomieszczenia. zatrzymalem sie. patrzylem na gre cieni. odlecialem na chwile myslami. siedzialem gdzies w aucie. trzymalem kawe. byla goraca. jezdzilem w tym aucie kilka razy. za kazdym razem ta chwila byla jakas magiczna. magicznie sie tez konczyla. wysiadalem z auta pod samym domem. patrzylem jak odjezdza. wszystko bylo wielkim sekretem. jezdzilismy tylko noca. zapytala czy chce cos do picia. wrocilem do niej, stalismy tam. patrzyla na mnie i usmiechala sie. jej usmiech nie byl tym ktory mozesz spotkac na jej twarzy kazdego dnia. to byl usmiech splatany w tym demonicznym poczuciu iz ploniemy razem w tym samym ogniu. pamietam kiedy pierwszy raz ja zobaczylem. rozmwialismy o banalach. nie moglem oderwac od niej wzroku. dzielilo nas wiele. bardzo wiele. nie wiele moglem powiedziec kiedy rozmawialismy. mowilem wiec oczami. kiedy stala tylem patrzylem na jej czarne skrojone spodnie. wysoka, smukla dziewczyna. w czarnym szpilkach. podchodzila do mnie i odchodzila. za kazdym razem usmiechajac sie, a ja moglem tylko zgadywac czy usmiech jest do mnie czy moze to kolejny słony dodatek do życia. patrzyłem na jej dłonie. wyobrażałam sobie jak je chwytam i zaciskam na nich swoje. patrzyłem na nią przez te 30 sekund za które płaciłem. patrzyłem i pragnąłem. przez trzydzieści sekund stałem i udawałem , że to tylko rutynowa sprawa. jej usta w kompozycji z oczami tworzyły coś co można odnaleźć tylko na dobrych filmach z aktorkami o wątpliwie naturalnej urodzie. chciałem ją powąchać. czasem kiedy nachylała się obok mnie zatrzymywało się wszystko a ja czułem ją w swoich zmysłach, czułem nosem.


masz oczy które podkładają ogień jednym spojrzeniem
Twoje usta gaszą każde pragnienie umysłu 
potrafią być giętkie jak moja fantazja
głosem potrafisz obudzić żar słońca w zimną noc
słowami potrfisz zaplątać idee , która rośnie jak suchnięte drzewo


teraz stała obok mnie i się uśmiechała. w ciemności widziałem jej usta. to była oaza. zadzwonił jej telefon. ciepły głos zalewał miłymi słowami kogoś po drugiej stronie. powoli ruszyłem w jej kierunku. stanąłem za nią. była mojego wzrostu. stała tyłem do mnie. obie ręce miała zajęte. opuściłem dłonie po jej tułowiu. zatrzymały się na spodniach. na pasku od spodni. niby powoli jednak z najszybciej jak potrafilem rozpialem go. nie powiedziala nic. moje usta powedrowaly na jej kark. wdychalem powiew czegos co bylo ukryte. w moje zmysly trafialy czasteczki namietnoci ktora wlasnie miala explodowac. rozmowa nie miala sie ku koncowi. wiec moje dlonie pociagnely spodnie w dol. kucnalem. moje usta teraz wedrowaly po jej posldkach, dlonmi tez tam byly. Czarna koronkowa bielizna nadawala tajemnicy. wszystko wirowalo.

Światło zgasło.

Lezala na wysokosci moich bioder. Bylo bardzo ciemno, ale to nie przeszkadzalo obłędnej namietnosci unosić się w powietrzu. Niczym huragan zwerbowała moje ręce, a te w szalonym tępie zerwały z niej spodnie. Białe nogi uniosły się w strone sufity, który z pewnością gdyby mógł powiedziałby co wtedy widział. Moje dłonie wędrowały po jej udach w góre i w dół, po jej długich nogach. Delikatne powabne ciało roztaczał się przedemną niczym kraina rozkoszy z bajek dla dzieci. A ja czułem się właśnie jak 17 latek, który dotyka kobiety , prawdziwej rozkosznej kobiety. Moje usta plątały się po jej ciele. Oszaleliśmy. Leżała tam i wiła się. A ja cieszyłem zmysły w ciemnościach.


Pomimo iz wiele nas dzieliło nie mogliśmy oderwać od siebie zmysłów. Przychodziłem do niej nocą. Kiedy na pradze już wszyscy spali. Otwierała swoje drzwi , a ja zrywałem jej stanik. Czasem to ona przychodziła do mnie. Zabierala mnie w przestworza, czasem dosłownie czasem w przenośni. Kiedy siadała obok wiekiego uschniętego drzewa i rozpinała moje spodnie aby patrzeć mi w oczy i z wielką intensywnością pobudzać obszary mojego mózgu odpowiedzialne za dzikie okrzyki.

Nie jest możliwe posiadanie czegokolwiek, bo wszystko przemija i znika. Są jednak chwile, których nigdy nie sposób zapomnieć i nigdy nie sposób powtórzyć.

Może zobacze Cie znowu niebawem, złapiemy się za ręce i zatracimy się w słońcu.


niedziela, 20 maja 2012

odbijanie świata

wstałem dziś rano i pobiegłem na koniec wszechświata. było zimno, pusto, nie było tam nikogo. wróciłem więc. zacząłem drążyć dziure w kawałku kamienia ale okazało się , że dokopałem się do granicy poznania i tam też nic nie było.

pobiegłem na stary cmentarz. znalazłem stary zpaomniany górb bez imienia. usiadłem i zapaliłem świeczke. wyszedł stary Pan. powiedział, że nikt go nie odwiedzał odkąd umarł bo nie miał rodziny ani przyjaciół. uśmiechnął się i znikł. pobiegłem pod budynek gdzie miliony ksiąg zgromadzono. umysły z poprzednich epok zapisywały swoją historię. kiedy otworzyłem jedną z nich nikt sie nie pojawił.

pobiegłem dalej.

spotkałem kobiete o kulach. motyle ją wyprzedzały. uśmiechneła się. powiedziała, że do wieczora dojdzie do domu. jej nogi były powyignane, tak jak jej usta. usta w uśiechu. jednym skokiem stanąłem u najwyższej góry tego świata. zapytałem czerwone twarze jak było tam na szczycie nie dla każdego. powiedzieli, że niesamowicie.

odwróciłem się i spostrzegłem żebraka. uśmiechnął się. nie wyciągnął ręki. on nie. ale ja tak. uśmiechnął się znowu. poszliśmy dalej. zpaytał mnie czy skoro czasu nie możemy cofnąć to czy nie jest on najcenniejszy ? i czy możemy go dać komuś na wyciągnięcie ręki ?

chwile później stałem przy narodzinach dziecka. pierwszy krzyk. otworzyłem dłoń i garść ziemi wysypałem na trumne kogoś kto zastygł.

w ogromie świata dostrzegam absurdalność naszych pragnień. nie umiem tego przestać widzieć. w życiu dostrzegam iż nie ma żadnej racji. żadnej prawdy ani mądrości. przecież nawet nie wiemy czym jesteśmy - my którzy myślimy. nie wiemy gdzie powstajemy i gdzie odchodzimy. możemy tylko przyjmować pokarmy ulepione ze słów dla naszych umysłów. karmić się tym i wierzyć, że tak jest.

to życie może nie mieć absolutnie żadnego sensu. może być zwykłą bańką mydlaną która szuka powodu dla którego się pojawiła. może go nie być. żadna decyzja nie jest słuszna. mądrości są tylko opisami tego świata w którym teraz się pojawiliśmy.

mam okazje egzystować w genialne konstrukcji. ale kim jest ja ? czy ono istnieje ? czy ma podstawy do mówienia iż jest czymś wyjątkowym ? mowi się , że tylko człowiek zadaje pytania na ziemi. czyżby ? a czy roślina , która wypuściła trzy łodyki i dwie uschły nie zadała pytania w którą stronę najlepiej wsrastać ? my jedynie mamy genialne ciało. możemy nim przekształcać rzeczywistość. bawić się materią jak plastelinąi budować nasz sen.

już wiem, że myliłem się myślać , że Boga nie ma. Już wiem , że myliłem się myśląc iż on jest. Bo skąd mogłem to wiedzieć skoro sam nie wiem kim ja jestem. Skąd ?

Cokolwiek byśmy nie stworzyli wróci to do swej natury. A natura materi jest bezkresna czasowo podróż w tym świecie. Jedna siła, która wszystko porządkuje zamieni piramidy w pył.

Śmieje się sam z siebie teraz kiedy widze to a przypominam sobie jak próbowałem oceniać i rozumieć. Nie można nić pojąć ani zrozumieć. Tkwimi uwikłani w tym świecie i nie jesteśmy w stanie wydrzeć się poza niego.

Mamy umysły. Wielkie lustra które odbijają świat w którym żyjemy. Odbijamy to wszystko i próbujemy pojąć jak i dlaczego.

Tam nie ma ja. Mnie nie ma. To jest tylko pragnienie bycia. Pragnienie okazania odczuć, okazania pragnień. Mnie nie ma. Nie było mnie przed 81 i nie będzie po tym kiedy umre. Jestem jedynie chwilowym odbiciem rzeczywistości w swoim umyśle. Ponieważ kręce lustrem na wiele stron odbijam dużo obrazów. Próbuje je łaczyć, rozumieć - rozumieć ? A coż to znaczy ? Wyjaśnić nature rzeczy ? Odbijając ją ?

Od tylu lat ludzie opisują ten świat. Robia ta genialnie. Nazwaliśmy materiały które nie odbijają światła czarnym kolorem. Nazwaliśmy konstrukcje dynamiczne życiem. Życie podzieliliśmy na to myślące i nie. Daliśmy sobie prawo do bycia najwazniejszymi. Tylko, że tu nic nie ma. Ludzie to natura, która nazwała sama siebie. Ludzie to stworzenia które się boją. Boją się śmierci stąd to ja. Ja - nie istnieje.


piątek, 18 maja 2012

I nagle zlatują się ptaki. Niebieskie.

nawet nie wiem jaki jest dzień. nie pamiętam już zbyt wiele. moja głowa przechyla się na lew bok. boli. boli potwornie. widze przesuwające się chmury nad koronami drzew. chciałbym podnieść ręke i otrzeć oczy. widzieć wyraźniej. nie dam rady , nie podniose jej. wszystko potwornie boli. czuje jak mały robak zaczyna wspinać się po mojej twarzy. idzie po policzku. dochodzi do nosa. czy to będzie kolejny który mnie skatuje ? nie zastanawiał się nawet i wszedł do mojego nosa. to dziwne uczucie , dość nieprzyjemne. przypominam sobie jak kiedyś wyobrażałem sobie , że będe umierał w łóżku. też sam, ale miało być jakoś kurwa wyjątkowy. puściłbym sobie muzyke i umierał w dobrym nastroju. ale życie samo się pisze. Zamknąłem na chwile oczy, w zasadzie to same się zamknęły. przed oczami zobaczyłem obraz moich rodziców. Siedzieli uśmiechnięci przed domem razem. Żartowaliśmy. Podbiegł mój brat i przyszła siostra. Słońce świeciło na niebie. Przybiegł mój pies Hektor. Otworzył paszcze i potwornie mnie ugryzł. Obudziłem się. Otworzyłem oczy. Potworny ból roztaczał się gdzieś w okolicy żąładka. Był nie do zniesienia. Moje usta rozchyliły się. Chyba same, pewnie chciały wypuścić robaka, który szukał wyjścia nie mogąc znaleść żadnego jedzenia. Jak miał niby je znaleźć w czymś takim jak ja. Ja już sam nie nadawałem się na jedzenie. Byłem jedynie myślą, która krzątała się gdzieś resztkami sił gotowa za chwile odlecieć nie wiadomo gdzie.

Leżałem i widziałem różne obrazy. Co chwile mieszały się one z tym co było w koło mnie. Musze przyznać, że pogoda w ostatnich dniach dopisała. Mogłem wyczołgać się z namiotu i położyć sobie posłanie na trawie. Dzięki temu oglądałem niebo za dnia a noca gwiazdy. Jeszcze nie wiedziałem, że to ostatni raz, ale obróciłem głowe do góry i patrzyłem na chmury. Wszystko potwornie bolało. Zagłodziłem się tak jak tego chciałem. Przyszedłem tu spotkać coś co każdy spotkać musi. Chciałbym tam wejść z włąsnej woli a nie z przymusu. I oto jestem. Boli jak diabli. Ciało potrafi walczyć o życie do końca. Każdy mały jego kawałek krzyczy do ostatniej chwili. Krzyczy pomóż, chce żyć! Boli....Moje myśli....Moje myśli się gubią.....Gubią się....Co się.....


? Powstaje pierwsza idea. To ja ? Ja ? Ja co ? Chce powiedzieć, że jest ciemno ale nie wiem jak to wyrazić. Nie czuje nic i nic nie wiem. Nawet nie czuje że to ja. Jest niezimno, jest nieciepło. Nie da się niczego opisać, jest nijak. Widze starca. Widze go wyraźnie. Siedzi na ławce. Kurwa to mój Tato! Ma jakieś 70 lat. Patrzy w niebo. Otaczam go. Nie wiem jak to wyrazić, ale widze go z wszystkich stron. Widze go z bliska i z daleka. Sięga ręka do kieszeni spodni i wyciąga papierosa. Zapala go, puszcza dym i patrzy przed siebie. Nagle jestem w szkole podstawowej. Mam 8 lat. Komisja przed szkołą wywołuje mnie abym odebrał nagrode dla jednego z pięciu najlepszych uczni. Wracam z dyplomem a mój Tato chwyta się za głowe i uśmiecha. Teraz ja tam stoje. Stoje w miejscu gdzie on stał. Rozglądam się ale nic nie ma. Nie widze nikogo. Jest zupełnie pusto. Ani żywej duszy. Patrze na zegarek. Wskazuje date tego samego dnia kiedy odbierałem nagrode. Nikogo tam nie ma. Znowu pustka. Znowu nie ma nic. Nicość.

Widze latające na niebie ptaki. Trzy. Pięknie krążą. Lecą ku słońcu. Ja unosze się obok nich. Wszystko się zatrzymuje. Chmury stanęły, słońce zatrzymało swój bieg. Fale na jeziorze stoją. Zbliżam się do ptaków. Widze je teraz z bliska. To trzy gołębie. Patrzą na mnie i słysze je. Pytają dlaczego wtedy kiedy byłem mały wziąłem siekiere i obciąłem im głowy ? I znowy nicość. I znowu ja. Stoje z tą siekierą w lesie. Wszędzie do okoła mnie są ptaki. Małe w swoich gniazdach. W koło mnie słychać krzyki. Wszystko krzyczy "Nie ma cie". Bezczucie mnie ogarnia z każdej strony".


I znowu ciemność. Ale tym razem jest zimno. Rozglądam się za mną widze ludzi, światła auta. Wracam wzrokiem przed siebie. Widze tego człowieka. Leży tam na drodze. Kończy oddychać. Słyszy mnie. I nagle wlewam się w niego niczym woda w lejek. I widze siebie jak stoje. Jak patrze i mówie "on już nie żyje". I czuje jak robi mi sie nijak. I znowy znikam. Nie ma mnie znowu.


Otwieram oczy i stoje na pustyni. Złoty kolor piasku pali w oczy. Nademną słońce. Nie jest gorąco. Jest dalej nijak. Nagle spada wielki przeogromny kamień. Wprost przedemną. Wielki jak dom. Ziemia drży. Tumany piasku unoszą się. Zakrywam oczy. Nie czuje go, nie czuje nic. Nadal nicość. Podchodze do niego. Wyraźnie widze napisy na nim. Podchodze bliżej. Czytam:
"Oto ja. Myśl. Myśl Twoja i tylko Twoja. Myśl, która powstała z doświadczenia. Myśl, która dotykała innych myśli. Myśl , która chciała się złączyć. Myśl, która pytała".
I nagle zlatują się ptaki. Niebieskie. Wszystkie , a ich oczy krwisto czerwone. Siadają na kamieniu i zaczynają dziobać. Z tego co udziobią zaczynają kapać krople wody. Krople jedna po drugiej spływają na piasek. Każda z nich gdy udeży rodzi rośline. Ja stoje w nicości. Rośliny wzrastają jedna za drugą. Już stoje na nich. Otaczają mnie. Rodzą się nowe. Stare umierają. Złoty pisaek zamienia się w czarną ziemią. A moje nogi ? Moje nogi nadal stoją, a pod nimi nowe rośliny się rodzą. Ptaki dziobią. Bezustannie. Żaden się nie starzej i żaden nie umiera. A krople lecą. I gdzie już nie spojrzeć widać zieleń. Podchodze bliżej. Patrze na kamień. Widze jak na nim jak na wodzie fale powstają. Tylko, że to fale słów, myśli. Przmieszczają się po nim. Z jednego końca na drugi. Lepią jakieś słowa. Większość niezrozumiała. A ptaki dziobią. Słysze krzyki. Zbliżam ucho do kamienia. Słysze je ze środka. Tak dokłanie. Z kamienia dobiegają krzyki:
- Chcę !
- Pragnę !
- Moje !
- Ja !
Słowa wciąż falują. Ptaki dziobią. I nagle ja staje się jakiś mały. Kamień staje się coraz większy. Nagle mały robak staje się wielki. Zatrzymuje się przedemną. Chyba patrzy. Jest nijak. Otwiera swoją paszcze i robi się ciemno. Nie ma mnie. Nicość.

Jest błysk. Stoję w jakimś białym pomieszczeniu. Przede mną kilka osób. Biegają w koło mnie. Jedni z pędzelkami inni z błyszczącymi tarczami. Jeden człowiek robi mi zdjęcia. Uśmiechają się. W nicości nic nie czuje. Nie czuje czy jest mi dobrze czy nie. Nie czuje się specjalnie. Obserwuje. Pokazują mi gestami aby kucnął. Robię to. Kolejne błyski. Robią mi wiele zdjęć. Nagle ściany zamieniają się w pokój w którym wisi masa ramek ze zdjęciami. Zniknęli wszyscy ludzie. Rozglądam się ale jestem sam w tym pięknym domu. Podchodzę do jeden z ramek. Patrze i nie wierze. Na zdjęciach jest prześliczna kobieta. Wiem , że to jestem ja. Podchodzę do drugiej ramki, tam znowu ja! Na wszystkich jestem ja. Piękna kobieta. Piękne ciało, usta bogini, oczy niczym czarne dziury dla męskiej materii. Odwracam się , w końcu pokoju widzę lustro podchodzę. Patrze, ale tam nic nie ma. Nie ma żadnego odbicia. Ciemność. Znowu znikam.


Widzę jak kolory przebiegają mi po oczach. Podnoszę głowe i widze lecące kolorow kartki. Patrze w dół. Siedze na wielkiej górze. Góra zbudowana jest z tych kolorowych kartek które latają po niebie. Każda na którą spojrze tylko przylatuje do mnie i wsuwa sie gdzies obok czyniąc góre coraz większa. Ci wszyscy ludzie w koło siedza na podobnych górach. Na stertach kartek, kolorowych kartek. Wstaje i próbuje zejść, ale nie moge. Zewsząd gdzie tylko nie spojrzę zlatują sie kartki. Ludzie w koło mnie krzyczą abym tego nie robił po spadne i sie zabije. Ciskają kartki pod moje nogi abym tylko nie zszedł. Kartki latają od jednego do drugiego człowieka. Patrze w dół a tam na samym dole przemyka jakaś postać. Idzie powoli. Ledwo ją widze tak jestem wysoko. Nagle w moje dłonie wpada kolorowa kartka, a na niej opis człowieka który tam idzie. Kartka mówi , że to człowiek który spadł z góry. Nie może już wejść na żadną , nie może już kupowiać kartek i przyciagac innych do siebie. Nie może bo stracił ta możliwość. Został sam, bez żadnych kartek. Ma tylko siebie. Puszczam kartke , którą trzymam. Zamykam oczy i rzucam się w dół. Nie czuje nic. Nicość mnie okryła. Nie czuje czasu.

Otwieram oczy. I widze siebie. Widze siebie w lustrze. Spływam po nim. Jestem małą kroplą. A w lustrze przeglądają się ludzie. Bo lustro stoji w środku wielkiego miasta. Przy ulicy którą chodzą różni ludzie. Patrza się na lustro i szukają siebie. A ja w sobie odbijam ich samych. I nie wiem czy widze siebie czy ich samych. Bo kogo widze, jeśli jestem kroplą na lustrze ? Czego moge doswiadczyc kiedy odbijam pragnienia tego świata i myśle, że żyje, kiedy tylko spływam po lustrze ?



poniedziałek, 14 maja 2012

tu nic nie ma

może zasne pewnego dnia i obudze się we śnie i będe miał 20 lat. wejde na tą stronę i przeczytam wiadomość do siebie samego.

nie idź tą drogą.

no to wpakowałem się w niezłe szambo. słysze jak przez sen jak krzycze w środku do siebie - obudź się! kiedy zakładam buty czuje jak oddycham. nie mówie o tych skórzanych które symbolizują śpiącego człowieka ale o tych zabłoconych w których biegam. kiedy biegne czuje się wolny. uwielbiam biegać w deszczu. kiedy jest zimno i mokro. kiedy wszystko jest przeciwko mnie kiedy ide i walcze sam ze sobą.

każdy mój dzień jest cudem. serce bije. mięśnie gotowe by iść. oczy uśmiechnięte a usta gotowe krzyczeć. a ja siedze za monitorem. pisze kod. wymyślam go. tworze mechanizmy, które są niczym innym jak działająca myślą. a gdzie moje marzenia ? jak mogłem uwierzyć w to , że można się spełniać w życiu.

przebija przeze mnie tak wiele odmiennych uczuć. kipie nimi. sam wybrałem to miejsce. nikt mnie tu nie ciągnął. wybrałem to miejsce bo uwierzyłem, że musze spłacić mieszkanie które uczyni mnie szczęśliwym. jakim kmiotem musze być skoro wciąż trzymam się tej idei.

jest jeszcze szansa.

tu nie chodzi o spełnienie siebie w życiu bo tego nie można osiągnąć. robienie czegokolwiek jest bez sensu jeśli robi się to z nadzieją iż to uczyni mnie szczęśliwym. tu nie ma nic trwałego a wszystko przeminie. doznania są złudzeniami.

to wszystko co sie dzieje jest zrodzone z myśli. myśle gdzie chce być pod koniec tego roku. myślę....

w życiu nie ma odpowiedniego dnia na coś, nie ma dobrego czasu. zawsze jest dobry i odpowiedni na wszystko ponieważ nikt z nas nie wie jak długo żyć będzie.

to nie jest moja droga....przez 10 lat nie odnalazłem tu szczęścia, uświadomiłem sobie jedynie , że umysł potrafi zapędzić mnie wszędzie. moge cieszyć się wieloma ideami ale nie czuje abym żył. umysłem moge kreować kod, mechanizmy w końcu tworzyć rzeczywistość....która nie istnieje.

moja Mama. mój Tato. dali mi możliwość bycia. po to tyle ich ciężkiej pracy abym był niewolnikiem swoich własnych myśli ? dlaczego nie moge złamać tego co mnie tak więzi ? jak mocno idee utrwaliły się w mojej głowie ? czy za 30 lat dalej będe pisał o swoim bólu czy w końcu coś złamie ? wstane i powiem dość.

piękne może się wydawać bycie szanowanym, zarabianie dobrych pieniędzy, możliwość podróżowania, spełaniani się , dokonywania wyborów...ale to bzdura.tu nic nie ma. posłuchaj mnie - siebie. tu nic nie ma. wybory których dokonuje sa możliwe dzięki pieniądzom które wymagają odemnie abym robił coś co nie ma sensu. pieniądze kupują coś czego nikt mi nie zwróci. moje życie.

Hold the line .... isn't always on time


prosze udeż mnie z całej siły abym się obudził!

The Grey

Into The Wild, K-Pax, Incepcja, a teraz The Grey.

Jest kilka filmów które mnie doprowadzają do stanu w którym czuje , że żyje. Wczoraj dwa razy oglądałem ten sam film, The Grey.

To co te słowa tej liryki niosą za sobą w filmie to coś nieprawdopodobnego:

Once more into the fray
Into the last good fight I'll ever know
Live and die on this day
Live and die on this day

Ostatnia scena mnie zastrzeliła, kompozycja muzyki, nastroju i słów była czymś co mnie pochłonęło, nie było mnie. 

sobota, 12 maja 2012

2002-05-13

wszedłemd o budynku. szedłem długim korytarzem. było dość ciemno choć było to środek maja. przedemną szedł wysoki mężczyzna, miał koło 2 metrów wzrostu. miał na sobie czarny garnitur. szedł powoli , odwracał się co chwile. coś mnie podpytywał. otworzył drzwi do sali. uśmiechnął się i wpuścił mnie do środka. miałem na sobie białą koszule, spodnie w kant i marynarke. usiadłem przy stole. on usiadł na stole niedaleko mnie. zaczeliśmy rozmawiać. powiedział , że widział co dla nigo przygotowałem i że dostane ta pracę. nagle wszystko zrobiło się w koło jasne. uśmiechnąłem się. powiedział abym poczekał i zaraz przyjdzie pani Hania z umową dla mnie. siedziałem tam i patrzyłem przez okno byłem szcześliwy. chwile potem przyszła pani Hania. przyniosła umowe. podpisywałem parafki na kolejnych stronach. nawet nic nie sprawdzałem co jest w treści. w kieszeni miałem może 19zł. to spokojnie wystarczało na kilka paczek ryżu i pare kile cebuli. to była moja racja żywieniowa w tamtym czasie. ważyłem 58kg i wyciskałem na siłce 100kg na ławce. cebula i ryż. na osttaniej stronie widniała moja pensja. kiedy mnie zapytano ile chciałbym zarabiać powiedziałem 700zł. Podniosłem głowe i powiedziałem do Pani Hani, że tu jest jakaś pomyłka bo ja chciałem 700zł a tu jest inna kwota. Usmiechneła się i powiedziała, że tak ma być. Poczułem jak się poce, jak mi się robi gorąco. Podpisałem ostatnią stronę. Usłyszałem "to już wszystko na dzisiaj". Wyszedłem z budynku. Poszedłem na autobus. Za pierwszą pensję która wynosiła ponad trzy  razy  tyle ile chciałem kupiłem laptopa, aparat cyfrowy i książki do nauki programowania.

pisze o tym o jutro mija 10 lat od tego dnia. 13 maja 2002 roku. tamtego dnia dużo się zmieniło. uwierzyłem w moc wiedzy. złapałem wiatr w żagle. zobaczyłem co to znaczy mieć wiedze. zobaczyłem ile jest cenna. nauczyłem się też tego że pieniądze lubią mądrych ludzi nie głupców. przez te dziesięć lat dużo się wydażyło. bardzo dużo. to dzięki pracy miałem okazje i możliwości poznawania świata. uczenia się. poznawania ludzi. mogłem podróżować, mogłem wybierać. w końcu mogłem spełniać swoje marzenia. dużó się nauczyłem przez ten czas. jedna z ważniejszych lekcji mówi aby szanować swoje słowo bardziej niż jakie kolwiek pieniądze.

myślę że pieniądze mnie tez w jakiś sposób zepsuły. miałem ogromne możłiwości. przesuwałem karte i byłem na antypodach. przesuwałem karte i miałem bajeczne agrnitury. przesuwałem karte i jeździłem ścigaczem. przesuwałem karte i jeździłem nowym rowerem po Korsyce. Przesuwałem karte i miałem najnowocześniejsze niepotrzbne gadgety. przesuwałem karte i jadałem kolacje z pięknymi kobietami. przesuwałem karte i rozbierałem je z piękniej bielizny. na tym świecie można kupić wiele. bardzo wiele. niestety to kupowanie przysnłoniło mi wiele spraw. nie wiele czasu poświęcałem ludziom. umarł mi dziadek , a kiedy to się stało uzmysłowiłem sobie , że nigdy z nim nie porozmawiałem tak poważnie. odeszła odemnie kobieta, z którą chciałbym być bo nie wiedziałem nic o sobie. straciłem kilku kumpli bo nie byłem odpowiedzialny za to co mówiłem.

pieniądze mają ogromną moc. dają nam możliwości. nie wiem jak by się potoczyło moje życie bez nich. gdzie bym doszedł, co bym przeżył. jak bym widział. nie wiem czy bym upadł tak nisko jak upadłem i miał szanse się ocknąć.

dziś po dziesięciu latach myślę o śmierci. ta myśl żyje ze mną za dnia i otula mnie nocą. doatrłem gdzieś do punktu w którym nie moge się odnieść do świata. myślę o śmierci jako o czymś co może być jedynym zbawieniem dll braku odnesienia się. nie wiem kiedy przyjdzie. nie wiem jak mnie powita. nie wiem czy to będzie sen bez początku i końca czy może sąd boży. przez dziesięć lat śniłem. może myśl o śmierci jest symbolem przebudzenia się. może nigdy się nie budze a każde przebudzenie jest chwilowym stanem umysłu kiedy myśli , że to co doznaje jest rzeczywistośćia ?

fajnie jest niczego nie żałować. to wspaniałe uczucie. ja jednak żałuje wielu rzeczy w życiu. chyba dlatego jestem sam. bo licze, że to sen. że się przebudze i będe mógł podjąć inną decyzje. tak trudno jest mi znaleźć zrozumienie w tym co mówie. ten sen o którym ciągle mówie. mówie o snie bo tak widze świat. w końcu wszystko tworzy nasz umysł. jeśli tylko pojmie się iż szczeble materi mogą być nieskończone, kiedy pojmie się że jesteśmy uwikłani w proces myślowy który nadaj myślom kształtu wtedy widać , że nie ma różnicy pomiędzy tym co śnie a tym co odczuwam po przebudzeniu. wszystko jest iluzją umysłu. dlatego tak cierpie bo to odczuwam bo nie umiem znaleźc punktu odniesienia w tym świecie. bo widze ludzi zakochanych i szcześliwych, bo widze rodziców, sportowców, biznesmenów, ludzi pełnych pasji i poczucia że żyją. a ja tego nie mam. ja mam tylko poczucie że śnie i że musze się przebudzić. nie umiem żyć. nie umiem tu być. nurtują mnie pytania których istota wynika z braku wiary we wszystko. jestem w tym zagubiony, i pomimo , że nie wiem nic to odnajduje spokój w tym że tone w tej dochłani siebie samego.

nie potrafie zrozumieć tak wielu rzeczy. nie potrafie.


myślałem ostatnio o tym czym moge być. o tym , że jestem zlepkiem pewnych ludzi. że tak naprawde sam nie istnieje a jestem mieszanką ludzi których poznałem i którzy na mnie wpłyneli. mój charakter mieszanka wielu ludzi. to mieszanka tego jak Ci ludzie we mnie sie scierali. jak materializm scieral sie z miloscia. jak brak nadzieji z wiara. jak zlo scieralo sie z dobrem.


poniedziałek, 7 maja 2012

czy łatwo być ?

czy łatwo jest żyć ?
czy można sobie wpoić jakiś sens i dla niego żyć ?
czy można wierzyć? wierzyć w coś ?
jeśli można wierzyć to po co ? aby mieć nadzieje ? kreować odpowiedź na pytanie co dalej ?
dlaczego wierzyć, że życie ma sens ? dlaczego wierzyć w to co wszyscy wierzą ?
przecież to może być tylko zły sen.
ile można szukać siebie ? ile można szukać odpowiedzi na pytanie gdzie jestem ? dokąd ide ?
wspierać się nadzieją , która karmią się ludzie ?

czy tak trudno pojąć , że żadna z dróg nie ma sensu ? czy tak trudno pojąć, że żadna decyzja nie jest słuszna ? życie nie jest scenariuszem , nie ważne gdzie się nim dojdzie, należy je jedynie przeżyć. nie ma znaczenia nic. włącznie z nim samym.

czysta śmierć. czy jej pragnienie może być przebudzeniem ? bo jeśli wszystko zostało już zbużone. tsunami zrozumienia zbużyło miast ideii. są już tylko zgliszcza. a wiatr wieje i niesie zapach ciekwości. co jest tam, nie tutaj.

sny przenikają rzeczywistość

siedziałem przy czarnym stoliku. wyciągnąłem lewą ręke i rozpiąłem rękaw ciemno niebieskiej koszuli. podwinąłem go. to samo wykonałem z druga ręką. oparłem się o krzesło i powolnym ruchem rozejrzałem w koło siebie. obok mnie siedzieli ludzie. rozmawiali ze sobą. każdy skupiony na owarzyszach przy swoim stoliku. za moimi plecami gitarzysta naprężał i rozluźniał struny. wrócił mój znajomy z piwami. usiadł. zaczeliśmy rozmawiać. mieliśmy do omówienia pewien projekt. podniesliśmy szklanki z piwem. było gorzki, jak to piwo. zaczeliśmy przeglądać ekrany aplikacji. omawialiśmy je. podniosłem głowe i wtedy straciłem uwagę. na wprost mnie w odległości 4 metrów siedziała dziewczyna. podpierała głowe ręką. ta ręka była cała w tatoo. patrzyła prosto na swoją koleżank. ta siedziała na wprost mnie. a bokiem do mnie. zpaatrzyłem się. kolega mówił. ja słyszałem i rozumiałem, ale nie mogłem rpzestać patrzeć. dziewczyna miała ciemne blond włosy, spięte z tyłu. wielkie szerokie usta usiechały się. jej dolna warga była wysunięta do przodu. Górn abyła bardzo mała w porównaniu z dolną. Jej uśmiech odsłaniał białe piękne duże zęby. Od ust w kierunku nosa prowadził wyrażny ślad ciała. coś na kształ pionowej wargi. Jej zadarty nos sterczał, pięknie. Jej kości policzkowe nadawały niesamowitego wyrazu jej twarzy. Patrzyłem na nią i nie mogłem uwierzyć w to co widze. Nagle spojrzała na mnie. Zauważyła, że patrze na nią. Odsunąłem wzrok. Starałem się skupić na rozmowie. Nie mogłem. Moje myśłi pobiegły samnie wiem gdzie. Znów spojżałem na nią, teraz to ona patrzyła na mnie. Znowu zabrałem wzrok. Znowu podniosłem. Patrzyłem i nie wierzyłem. Śnie ? Jak to możliwe aby ktoś był tak podobny. To nie możliwe. Siedziałem tam i myślałem, że to niesamowite uczucie. Nie zmieżysz tego ani nie zważysz, możes zto tylko przeżyć. Patrzyłem na nią jeszcze przez chwile, zanim wyszła z koleżąnką.