czwartek, 19 kwietnia 2012

malowanie reczywistości

Wyobraziłem sobie wielki pokój. Cały biały. O ścianach tak odległych iż ich nie widać. O suficie który był tak wysoko iż ginął w bieli. O podłodze która była tak daleko w dole iż wtopiła się w całość. Nie było tam grawitacji. Tak jak w snach kiedy wiszę, i nigdy nie spadam. Po kilku chwilach rozglądania się utraciłem orientacje gdzie jest góra, gdzie dół. Gdzie ściany a gdzie sufit. Próbowałem spojrzeć na swoje stopy, ale one też gdzieś zniknęły. Stopy, nogi, ręce, cały ja. Nie widziałem już nawet czubka swojego nosa. Widziałem tylko biel. Bez punktu odniesienia. Teraz bez względu na to co czułem, że robię widziałem tylko jeden obraz. Białą otchłań. Czułem, że się kręcę, że obracam się, ale wszystko było jednakowo białe. Światło wszędzie było takie samo. Tkwiłem w tym bez możliwości odniesienia się.

Poczułem jak mój umysł się uspakaja. Przestał odczuwać zimno z końca stóp. Przestałem pytać co i gdzie, dlaczego i poco. Stałem się jak ta biel. Jednolity.

Zobaczyłem mały ciemny punkt. Nie wiem jak daleko był. Nie wiem czy był to duży obiekt czy mały. W ułamku chwili powiększył się. I nagle zobaczyłem przed sobą park. Zielony park. Było lato. Zobaczyłem kobiety siedzące na ławce. Uśmiechały się i rozmawiały. Nagle jedna z nich wstała i podeszła do małego chłopca , który właśnie się przewrócił. Tak samo szybko jak chwila się pojawiła, tak samo wróciła to małego punktu. Punkt zaczął się poruszać powoli. Patrzyłem na niego , nie wiem jak długo bo nie dało się odmierzać czasu, niczym. W końcu kiedy dysponujesz tylko umysłem nie da się odmierzać czasu z jakim pędzą myśli. tak jak w hipnozie. Nie wiesz gdzie jesteś. Nie wiesz nawet, że jest czas. Punkt zataczał małe koło. Pozostawiał za sobą smugę. Szarą wyraźną smugę. Koło które toczył było wyraźnie widoczne dla mnie. Było niczym mała obrączka, taka na najmniejszy palec. Gdzieś w środku obrączki zabłysło coś i w moim kierunku zaczął się już nieco wolniej przesuwać kolejny punkt, który pokazał mi tym razem chłopca jadącego na rowerze. Chłopiec jechał przez las i coś śpiewał pod nosem. Pomimo iż dzień był pogodny to las był ciemny. I znów jak poprzednio scena zamieniła się w punkt. Ten kolejny punkt zaczął pędzić za tym pierwszym. Jak planety w układzie słonecznym. Zaczął zataczać kolejne tylko większe koło.

wpatrywałem się w kolejną scenkę, nie wiem ile czasu minęło, ale scen widziałem już setki. kolejne punkty ukazywały się a potem malały by toczyć coraz większe koła. teraz roztaczał się przede mną wielki potężny lej. wirował niczym tornado na niebie. kolejne smugi pozostawiane przez punkty tworzyły szarą tęcze. nim się spostrzegłem znalazłem się w środku leja. teraz mogłem się obrócić. widziałem jak był ogromny. widziałem jak wielkie kręgi zataczały kolejne punkty. lej był niczym porozwijane rolki filmu, jedna nad drugą. to co było na górze nie miało związku z tym co na dole. to tak jak gdyby ktoś na jednym ekranie wyświetlał milion różnych pasków z różnymi filmami. zacząłem wpatrywać się w jeden z nich i w ciągu myśli znalazłem się tak blisko niego iż mogłem widzieć sceny niczym w kinie. młody człowiek , może w wieku 20-25 lat, siedział na trawie i patrzył się w niebo. płakał. jego łzy wypłynęły z tego widoku i zaczęły spływać lejem w dół. w jednej chwili wszystkie sceny poniżej zaczęły płakać od łez które na nie spadały. ich płacz to były smutne chwile. przesunąłem się po leju w dół i zobaczyłem płaczącą dziewczynę wtuloną w chłopaka. trochę niżej płaczącą nad nim kobietę. jeszcze niżej tego chłopca płaczącego nad martwym chomikiem. odsunąłem myśli i wycofałem się. wszystkie sceny znów zamieniły się w wirujący lej. znowu niczego nie dało się dostrzec. obrócił się w przeciwną stronę. zbliżyłem się. z początku wszystko wyglądało jak gdyby na każdym z tych filmów zatrzymały się klatki. kiedy się zbliżyłem zobaczyłem , że to nie zatrzymane klatki. to chłopiec który był na wszystkich scenach patrzył wyraźnie na mnie. nie patrzył za mnie, ani obok mnie, on patrzył we mnie. zbliżyłem się jeszcze bardziej. jego usta szeptały coś wyraźnie na każdym z filmów. wpatrzyłem się w jeden z nich. byłem najbliżej jak się dało. chłopiec mówił "proszę , powiedz mi kim jestem ? proszę Cie!". jego oczy były przepełnione lękiem. jego oczy ociekały łzami. a on sam wydawał się być bardzo nieszczęśliwy. odsunąłem się. spojrzałem na jeden z filmów nad nim i zobaczyłem go jak z uśmiechem pędzi przez ulice i wita się z dziewczyną. zbliżyłem się tak blisko do niego jak mogłem. patrzył we mnie, a przynajmniej tak to wyglądało. nagle opuścił wzrok. odsunąłem się.

byłem tam. i zastanawiałem się czy kiedy tak patrzyłem na niego to czy mój umysł odbił obraz jego szczęśliwych chwil, dzięki czemu smutny chłopak mógł zobaczyć, że ida lepsze dni. zastanawiałem się jak ja sam wyglądam. zastanawiałem się dlaczego ciągle widzę tego jednego chłopaka. widziałem go kiedy był mały i bawił się w parku. kiedy wyrywali mu zęba. kiedy dostał rower. kiedy zbił go ojciec. widziałem to wszystko i nie mogłem pojąć dlaczego to oglądam.

wtedy przyszła myśl a wraz z nią lej zaczął się dziwnie przechylać. patrzyłem w dół. głęboko podemną najmniejszy punkt zataczał krąg. kolejne coraz większe tworzyły wielką studnie. mogłem się wpatrzeć w dowolny jej kawałek i zobaczyć chłopca. uśmiechniętego. smutnego. złego i sympatycznego. ale co było nademną ? zacząłem się podnosić w góre i zobaczyłem, że nademną nie ma nic. ciemna odchłań. spojrzałem w lewo, widziałem lej, który wił się coraz jak by dalej i dalej. a ja gdzieś w środku. pomyślałem, że może to wszystko , to całe życie jest jednocześnie. otacza mnie. życie jawi się tym co nasze zmysły doznają. życie jest tym lejem , który tworze ja. bo tylko ja jestem tu w środku. tylko ja obserwuje obrazki. tylko ja je maluje. a rzeczywistość to te punkty , które tak się kręcą w koło i tworzą jeden wielki długi film. mój lej nie ma początku. gdzies tam na dole pewien punkt zatacza pierwze koło. ale pod nim jest odchłań. biel, bezkresna nieograniczonagóre i pewnie gdzieś tam zatoczy ostatnie koło. to jednak nie ma znaczenia. to jest tylko lej.

czasami kiedy śnie, czuje jak spotykam ludzi których kochałem. jest mi dobrze, jestem z nimi. znowu przyglądam się odległym częściom leja. potem budzę się. myśli powracają a ja nie moge ich zmienić bo są dowodami przeszłości. często bolą. bardzo bolą. bywa i tak, że siadam zrezygnowany i tęsknie. tęsknie za tym czego doświadczyłem w życiu. za wspaniałymi ludźmi. za tym co nas łączyło. ronię łzy. i jak żywe powracają chwile. i nie wiem skąd ale czasem pojawia się wtedy myśl. myśl o tym , że już kiedyś płakałem i oto przyszły piękne dni. tak i teraz może warto spojrzeć dalej niż rzeczywistość którą widzę i pozwolić aby obrazy które namaluje gdzieś dalej były piękniejsze ?

jestem pewien, że to co widzę teraz to obrazy, którymi z rzeczywistości lepie mój lej. i jestem pewien, że gdzieś tam gdzie nie ma myśli, gdzie nie ma rzeczywistości jestem ja. patrze na ten mój lej, patrze na siebie siedzącego tutaj i próbuje coś sobie pokazać.

1 komentarz:

  1. Czasami wyobrażam sobie że jestem na powierzchni bezkresnego spokojnego oceanu. Jest głęboki a jak się spogląda w tę głębie to czuję chłód...

    OdpowiedzUsuń