wtorek, 27 marca 2012

spienione myśli

Ide chodnikiem. Mijam ludzi. Wsiadam do autobusu. Za oknem słońce. Mija mnie auto, kierowca dłubie w nosie. Za chwile znika mi z pola widzenia. Jade dalej. Mija mnie kolejne auto, pasażerka rozmawia przez telefon. Byłem w dziczy. Była noc. Szedłem droga przez góry. Było ciemno. Daleko w dole zostało miasteczko z którego ruszyłem. W pewnym momęcie na drodze przed sobą zobaczyłem ślady mokrych łap jakiegoś zwierzęcia. Nie zgadywałem co to. Na chwile się zatrzymałem, rozejrzałem i stwierdziłem jedno. Przestałem się bać o to , że coś mi może grozić. Nie z głupoty. Leżałem w śpiworze, było jakieś -5 może więcej. W środku było mi bardzo ciepło. Wyprawy zimą nauczyły mnie aby sikać przed snem bo potem ciężko jest wyjść w bieliźnie na zewnątrz. Leżałem tam. Słyszałem tylko rozbijającą się o kamienie wode. Pomyślałem o tym że jestem i się uśmiechnąłem. Co kolwiek powiem będzie tylko opisem świata, nawet słowo mizernym będzie tylko opisem który ja tworze. Siedziałem na kamieniu, przedemną wielkie jezioro. Obok mnie płyneła rzeka. Słońce na niebie. Siedziałem tam sam. Daleko od wszystkiego i wszystkich. Z wyłączonym wątkiem o świecie. Zapomniałem o nim. Popatrzyłem w niebo i pomyślałem o tym jak miałem może 10 lat i siedziałem w fotelu w domu dziadków. Babcia wracała z pokoju i mijając mnie nachyliła sie uściskała i ucałowała mówiąc "mój skarb". To wspomnienie isteniej tylko w moim umyśle, tak jak wiele innych. Innymi słowy nikt o nich nie wie. Wspomniej o jakich mówie jest tyle co gwiazd, bo tylu ludzi żyło. I wszystko znika. Jak każda chwila, nawet ta nad jeziorem. Siedząc tam wiedziałem, że to własnie znika, ten moment właśnie znika. Wracałem z góry czując ból w nogach, źle dobrane buty. Bolało, a ja zastanawiałem się idąc co i gdzie boli. Ten ból istanił tylko we mnie. Ja szedłem tak 20km po szosie, a stopy bolały jak diabli. Mijały mnie auta, ludzie się uśmiechali. Ile cierpienia jest na świecie o którym pojęcia nie mamy. Nie umiem wyrazić tego co chce. Szukam słów. Próbuje pisać o różnych rzeczach. Chodzi o to , że wszystko co w koło wykreowaliśmy umysłami. Zbudowaliśmy wizje świata w którym niby żyjemy. Nazywamy rzeczy tak jak by można było je nazwać. Ja szedłem teraz przez las. A w tym lesie były tysiące drzew, a każde inne. Nad niejednym się zachwycałem, ale już nie wyjmowałem aparatu. Magia zdjęć gdzieś mi prysła, nie czułem w swobie mocy aby pokazać to co przeżywam. ta góra, pod szczytem której siedziałem była tam od tysięcy lat. A ja ? Przyszedłem , odejde i znikne. Przestałem dostrzegać w sobie wyjątkowość. Uznałem się za liść. Liść, tego słowa użyłem aby pokazać ulotność i błachość. Wydaje mi się, że zatraciłem swoją wartość, uznałem się za coś co chwile trwa i zniknie, i odkąd tak zacząłem myśleć wydaje mi się, że coś zaczeło bardziej smakować. Znowu zacząłem tęsknić za nią. Zacząłem czuć więcej i zachwycać się bardziej. Odpocząłem chwile. Przestałem czytać. Przestałem spisywać sny. Przestałem napędzać siebie. Przypomniało mi się, że życie jest piękne bez tego wszystkiego. Zobaczyłem, że mój umysł tworzy labirynt głębi. Im dalej wchodze tym słabiej pamiętam jak jest tam skąd przybyłem. Moj umysł tworzy pragnienia, historie, marzenia i uczucia. Umysł jest jak statek, warto wiedzieć które wiatry wybrać aby pożeglować dalej. Moge mieć dowolne imie, dowolną płeć i pochodzić z dowolnego miejsca na ziemi. To nieważne. Ważne jest to, że kiedy sobie uświadomie iż żyje i że moge coś z tym życiem zrobić wtedy świat okazuje się nieskończenie fantastyczną perspektywą. Wiedza iż pewnego dnia moje możliwości się skończą daje motywacje do działania. Jedno jest pewne z planów nie ma wspomnień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz