poniedziałek, 30 listopada 2009

Pomniki mojego świata

Od kiedy pamiętam za każdym razem kiedy tylko podróżowałem, irytował mnie widok wszechobecnych śmieci. Turlających się kolorowych butelek, latających woreczków, tak jak liści unoszonych przez wiatr, z ta różnicą , że te nasze liście unosić się będą wiele lat nim zamienią się w to z czego powstały.

Za każdym razem krytykowałem ludzi którzy wyrzucają te śmieci, mówiłem ja nie śmiecę, ja zawsze wyrzucam do śmietnika, jak oni tak mogą postępować ?

I tak to kiedy byłem nad Ohrydzkim jeziorem, w parku Unesco, zauważyłem kolejną stertę śmieci. Tym razem zatrzymałem się na dłużej, byłem ciekaw skąd biorą się te śmieci w miejscu gdzie ludzie żyją tak skromnie , tak delikatnie dotykają przyrody, piorąc (tylko wodą) w wodzie z jeziora, i paląc drzewem z lasu, no skąd ?

I tak do mojej głowy wleciał podmuch wiatru i zapytał, a gdzie są Twoje śmieci, gdzie Twoje opakowania po serkach wiejskich, gdzie butelki po mineralnej , co robisz z opakowaniami po proszkach , gdzie wylewasz wodę z pralki, i gdzie spuszczasz wodę z sedesu po użyciu chemii do czyszczenia ?


hmmm....


Gdyby tak Macedończyk przyjechał nad Wisłe, nabrał z niej wody do czajnika i zrobił sobie herbatę to zamiast zwiedzać twierdze ,Modlin, szukałby dobrego dermatologa. Gdyby potem wybrał się zwiedzać okolice warszawy, z pewnością odnalazłby w okolicach Kampinosu górę, górę mojej hipokryzji, wszystkich opakowań, butelek i tego wszystkiego co....znikło z moich oczu za odpowiednią opłatą, najzwyczajniej w świecie nie wyrzuciłem tego do lasu , tylko zapłaciłem za to by w kolorowym worku (KOLEJNY ABSURD) wynieść śmieci do białego pomieszczenia, skąd ciężarówka wywiezie ten syf z moich oczu.


Może zamiast mówić ja nie śmiecę na ulicy, zadać sobie należy pytanie czy mam świadomość, że każdy punkt na moim paragonie ze sklepu to kolejne warstwy pomnika naszego świata, świata śmieci.

Zamiast rozwodzić się o zbiornikach na kolorowe butelki, na papier itp, warto by było zrobić pokaz zdjęć na starówce tego co nas otacza, tego czego udajemy, że nie ma. Może innym tak jak mi , trzeba pokazać coś by sobie uświadomić ogrom problemu, dziś małego, ale czym jest dziś... dziś jest jak jeden krok, kiedy idziesz złą drogą ku przepasći nocą

poniedziałek, 23 listopada 2009

Białe światełko w tunelu....

...siedział sobie mały wróbel w gnieździe i obserwował piekny świat, w koło było słychać śpiew ptaków, słuchał ich opowieści. Pewien stary jastrząb , który zawsze polował na wróble, a dziś jest ich kolegą mawia, że żyć nalezy dobrze, niewolno zabijać. Kiedy sowa pytała go dlaczego tak myśli skąd ta przemiana, powiedział, że kiedyś trafił go śrut z broni, stracił kawałek skrzydła, upadł na ziemie. I wtedy zobaczył, piękny las, w środku lasu było piękne gniazdo, a w nim siedział kruk, który powiedział mu daruje Ci zycie, ale nie zabijaj więcej wróbli, albo zamiast do mego lasu trafisz po śmierci na wysypisko śmieci, jastrząb wziąl to sobie do serca, ocknął się i od tamtej pory nie zabija.



Kiedy młody wróbel pierwszy raz wyskoczył z gniazda, nie udało mu się odpowiednio ułożyć skrzydeł i z impetem udeżył w ziemie. Kiedy się ocknął opowiedział o tym że widział ten las i kruka siedzącego w gnieździe.


Mineły lata, wróbel latał po świecie, był dobrym ptakiem, kiedy ktos go pytał skąd tyle w nim optymizmu opowiadał jak to widzial las i kruka. Obserwował, uczył się, poznawał inne ptaki. Pewnego dnia spotkał jaskółkę, która opowiadała mu jak to we śnie widziała właśnie taki las jak on, tego samego kruka, a kruk jej powiedział "pięknie spiewasz, nie marnuj swego talentu" wiec spiewala.


I wtedy wrobel pomyslal, czy to ja snilem kiedy upadlem, czy jastrzab snil kiedy umieral czy to jaskolka umierala kiedy spala ?


Pieknie jest umierac i nie wiedziec ze sie sni.


sobota, 14 listopada 2009

wycinki chwil

Przemokniete buty nie sa dowodem na to ze pada deszcz, bardziej wskazuja na to ze jest ciemno.

Kiedy zgasnie Ci lampa w ciemna samotna noc, ta ktora zawsze starannie chowales przed wilgocia i pilnowales by jej nie zgubic, uswiadomisz sobie jedynie jak wielkim glupcem byles ze nie nosiles w jej miejsce tabliczki czekolady








niedziela, 8 listopada 2009

Twarz kobiety z 18 wieku

"...przepraszam Panią, czy może Pani na to zerknąć, wydaje mi się, że na tym grobie z tyłu, widnieje jakaś twarz, czy dostrzega ją Pani ?"

Staruszka, przez chwile patrzy , mówi, że faktycznie na grobie z tyłu coś widać, to twarz kobiety, w ubraniu z 18 wiwku...ja sam co prawda widzę twarz Jezusa, ale to pewnie przez sugestie Daniela któremu pokazałem niecodzienny obraz i tak on go opisał.

Kiedy na początku szedłem tą alejką, słyszałem taką ładną pieśń jaką lubiłem słuchać kiedy chodziłem do kościoła, powiedziałem , że ta pieśn chwyta mnie za serce, Daniel się zaśmiał, kilka kroków dalej, zobaczyłem to co widać na zdjęciu.

Grób widoczny w tle, jest odwrócony tyłem do mnie, osobiście nigdy w życiu nie widziałem, aby na tylnej ścianie były malowidła. Podszedłem bliżej, dotknąłem, to było zwyczajnie mokre, nie było tam żadnej farby.

Krople przypadkowo , zasugerowały nam , że widzimy twarz.






Pozostałe zdjęcia z tego spaceru











niedziela, 1 listopada 2009

Strach

Kiedy pakowałem się na ten wypad do lasu, a robiłem do już na 4 dni przed wyjazdem, jak kamenie pod nogi przychodziły problemy. Uszkodzona latarka, która przestała świecić, a jak wiadomo w lesie światło nocą jest niezbędne. Później problem z mapami, które chciałem wydrukować na 2h przed wyjazdem i okazało się, że drukarka odmawia posłuszeństwa, brak śledzi do namiotu, które zaginęły podczas ostatniej dzikiej wyprawy.

Jak to mówią, nie ma przypadków są tylko znaki, no więc co te znaki chciały mi powiedzieć.

W piątek po pracy, pakuje finalnie plecak, Klawy oczywiscie spiewa swoj ulubiona piosenke czyli piszczac stara sie mi przekazac "Nie zapomnij mnie zabrac pajacu, bo jak to zrobisz to rozszarpie Ci Twoje nowe książki!".

Miejska dżungla, czyli tramwaj 26, dworzec wileński, bilet i w drogę. To co działo się w pociagu z Wileńskiego, pozostawie bez komaentarza, ostrzegam tylko wszystkich, żeby uważali w nim na siebie czy to w dzien czy w nocy. Jeździłem nim do pracy w 2002-2003, i nic się tam nie zmieniło, niebiezpiecznie jak było tak jest.

Stacja Urle, startujemy, Klawy po spuszczeniu ze smyczy zachowuje się jak po spuszczeniu ze smyczy, pokazuje jak potrafi znikać w jednym miejscu i pojawiać się za skunde w innym.

Pada deszcz, ale to było w planie, ubieram wojskowe poncho i przed siebie. Kupiona w media markt latarka Varty okazuje sie byc dopra jesli chcesz zeby Cie zobaczono, natomiast jesli Ty chcesz cos zobaczyc, mozesz zapomniec :) Juz czuje jaka bedzie zabawa.

Pierwsze 2h to bładzenie w tereni, jakieś lasy, małe rzeczki, szukam drogi, kiedy ją znajduje, przemarsz okazuje się być dużo przyjemniejszy. Wszechobecne błyszczące oczy w lesie, któe świecą odbijając światło mojej latarki znikają w ułamku sekundy chwile po tym kiedy rzucam hasło "Kaczki" na które mój pies reaguje jak byg na płachte.

To mój pierwszy samotny wypad tego typu, ja las i ślepia. Po ok 4h dochodzę do miejsca , gdzie chchiałem dojść, czyli las w okolicach miejscowości Łazy. Tu rozbijam namiot.

Idzie mi nieźle, zważywszy na padający deszcz, słabe światło latarki, głód i lekkie zmęcznie, bo plecak waży swoje. W jednej chwili robi mi się zimno, jak bym wpadł do lodowatej wody, ten poziom strachu jest konkretny, przyznam, że wystarszyłem się jak cholera. To odgłos pękającej grubeej gałęzi na którą musiało stanąć jakieś zwierze, spore zwierze, odgłos dobiegający z za moich pleców, w jednej chwili się odwracam i szperam latarką, ale poszperać to ja sobie nią mogę... Robie hałas, bo nic innego mi nie pozostało, wołam psa, i krzycze głośno "Kaczki". Klawy stoji obok, wlos ma zjezony , tak jak i ja, nasluchujemy i nic cisza. Wyciagam noz i klade go obok, rozkladam namiot. Ludzka fantazja nie zna granic, zwlaszcza kiedy w srodku ciemnego lasu o 2 w nocy rozkladajac namiot znajduje sie dziecieca łopatke do kopania w piasku, "ja pier....". Oddalem dziwne myśli i rozkłądam namiot, z wielką ulgą pakuje się no śdrodka i układam sie do snu. Klawy dostaje ciepłe posłanie obok mnie, ale wcale nie chce spać, węszy i warczy, chce wyjść. Nie moge mu na to pozwolić, bo i tak jest już mokry a na zewnatrz pada deszcz. Gasze swiatlo, chce zasnac. Budzi mnie warczenie psa, uciszam go, i wtedy slysze jak cos podchodzi do nas, pekaja patyki na zewnatrz, krople deszczu bija o namiot, i moje serce, mam pełne gacie, nie ma co ukrywać, czuje że to jest to czego się bałem w tej wyprawie, i teraz jest ten moment, poczuj to i zastanów się czego tu się bać. Siegam po nóż, przygotowałem go , jest otwarty w kieszonce namiotu nad głową, mam go w ręku. Słysze węszenie, to może być sarna, a może być dzik. Odchodzi, Klawy się sadzi, ale trszymam go mocno. Jeszcze jakiś cza, nasłuchuje, nóż wraca na swoje miejsce, zasypiam...


Po drodze spotykam straszego Pana , który podpowiada mi jak iść, pyta gdzie ide, śmieje się ze mnie jak mówie gdzie, mówi "Ale w końcu każdy ma tam jakieś 'swoje', i nie można mu zabraniać".


Klawy zaginął... Pobiegł w pole i nie wrócił, wchodze w las , myśląc, że się znajdzie, w końcu nie raz oddalał sie i wracal.

Rozpalam ognisko, rozstawiam namiot, czekam na niego. Psa nie ma.

Zaczyna się robić nieciekawie, ok 17 zaczyna padać, robi się też ciemno, a Klawego nie ma.

Dalsze chwile wyprawy, to przemyślenia. Leżałem tam i zastanawiałem się nad wyciętym lasem , który mijałem, nad tym gdzie jest Klawy, nad tym dlaczego w pociągu spotkałem mężczyzne któy mówił mi że stracił juz w życiu kilka psów i nie chce więcej żadnego, bo człowiek kocha i się przyzwyczaja.




Mamy mało czasu. Bardzo mało. Kiedy chcesz zoabaczyć rzeke, musisz przejśc czasem w deszczu dużo kilometrów, zmoknąć, wystarszyć się, w końcu może tam dotrzesz. Po drodze spotkasz ludzi i chwile, które będą Ci sprzyjać, których nikt inny w tym czasie nie spotka, nikt ich nie poczuje. To jest Twój czas. Kiedy stałem na polanie i widziałem wycięte drzewa, czułem sie winny, bo przecież drukuje, czytam książki, zamawiam pizze w papierowym opakowaniu. Te drzewa, wycięte leżały martwe. Na łące stała tylko para młodych drzew, i czekały na śmierć, pewnie za kilka dni przyjedzie mechaniczny potwór i podetnie im nogi, i padną obok tych z którymi rosły.



Czy strach przed zwierzęciem leżąc w namiocie ma sens ? Nie, to tylko brak zrozumienia, brak świadomośći i spojrzenia na sytuacje z boku. Bać się powinienem w pociągu z Wileńskiego, kiedy młodzi ludzie (dresiarze , ale to nie ich wina że nimi są), zachowywali się agresywnie , nie zważając na nic ani na nikogo, szukali zaczepki i mało brakowało, mogło by być nieciekawie. Bać się można ludzi, to my zabijamy, to my mordujemy i torturujemy, psychicznie fizycznie.